Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obyczajowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obyczajowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2019

[11c] Punkt widzenia 2

Rozdział drugi

“But I don't know what to call it
When I know I don't care anymore
Itazurani sugisatteta kinou
(...)
Cry out
Oh I'm burning out
Can't you hear the sound
(Voices all around)
(Cuz we're going down)”


Przyłapany na gorącym uczynku.
— Ale z ciebie pantoflarz, Uchiha.
Chłopak odwrócił głowę i zarumienił się jak dojrzały pomidor. Przyglądałam mu się z rozbawieniem, gdy przez chwilę próbował wydusić z siebie jakiekolwiek słowo. W końcu westchnął ze zrezygnowaniem, zgarbił się i wrócił do czytania plakietek z nazwami i cenami podpasek.
— Może pomóc? — zapytałam, zrównując się z nim. — Głupie pytanie. Przecież i tak mnie nie poprosisz.
Sasuke odwrócił wzrok wyraźnie niezadowolony, że wpadłam na niego i przyłapałam  na ratowaniu tyłka jego dziewczynie. Ale nie tylko on czuł się z tym faktem źle. Zwykle w takich sytuacjach Sakura najpierw dzwoniła do mnie. Nieważne, czy był środek nocy, czy przerwa obiadowa, biegłam do najbliższego sklepu. Nigdy też nie miałam jej za złe tego, że była wiecznie nieprzygotowana na sytuację. Też bym była, gdybym miała nieregularną miesiączkę.
Z trudem uniosłam rękę i wrzuciłam do pustego koszyka dwie paczki podpasek na dzień i jedną na noc. Szturchnęłam Sasuke, który wciąż kontemplował swoje nowe adidasy.
— Rusz się, papciu — powiedziałam.
Skierowaliśmy się w stronę działu ze słodyczami. Dochodziła dwudziesta druga i market był już prawie pusty. Jeden z pracowników tańcował z mopem pomiędzy półkami. Inny informował nielicznych klientów, że niebawem sklep zostanie zamknięty. My też musieliśmy się pośpieszyć.
Zassałam policzki, zastanawiając się, co wybrać. Wszystkie słodkości wyglądały kusząco. Gorzka czekolada z karmelem, mleczna z bakaliami, biała z bąbelkami, kruche wafelki z kremem, babeczki z dżemem, kwaśne żelki, cukierki z nadzieniem...
— Ino.
— Chwila — prychnęłam na niego niczym rozjuszona kotka. Po krótkim namyśle wybrałam czekoladę truskawkową i paczkę biszkoptów. — Dziwne, że nie wiesz, co lubi twoja dziewczyna w te dni.
— Wiem — burknął, kierując się w stronę kasy. W milczeniu wyłożył zakupy na ladę, za którą stała młoda kasjerka, prawdopodobnie studentka. Miała krótkie, brązowe włosy i próbowała robić maślane oczy do Sasuke. Bardzo ładne, orzechowe, oczy.
Uśmiechnęłam się, widząc to. Złapałam paczkę gum miętowych, które leżały tuż pod ręką i podeszłam do Uchihy.
— Kochanie, jeszcze to — powiedziałam, uczepiając się na jego ramieniu. — Proooszę.
— Oczywiście, skarbie.
Jedyną osobą, która nie usłyszała jadu w jego głosie, była kasjerka. Niemal natychmiast spochmurniała, szybko zapakowała zakupy do reklamówki i przyjęła zapłatę. Chwilę później ramię w ramię opuściliśmy supermarket. Ale gdy tylko drzwi się zasunęły, odskoczyłam od chłopaka.
— Ugh, nigdy więcej.
— Przykro mi, że nie jestem Saiem.
— Słucham? — Popatrzyłam zaskoczona na chłopaka. Znaczenie jego słów dotarło do mnie chwilę później. Wstrzymałam oddech. W głowie miałam tylko jedną myśl: skąd o nas wie? Zacisnęłam pięści, wbijając sobie paznokcie w skórę.
— Uspokój się, Ino — wymamrotał. — Wyglądasz jak duch. — Uchiha położył dłoń na moim ramieniu, ściskając je. — Jeśli zemdlejesz, przysięgam, że zostawię cię tu na pastwę losu.
Podniosłam na niego przestraszone spojrzenie, ale było zbyt ciemno, bym mogła wyraźnie zobaczyć wyraz jego twarzy.
— S-skąd wiesz?
— Dwa dodać dwa to cztery — odpowiedział. Skinął głową w kierunku, z którego przyszłam. Przyjęłam jego propozycję, bo nie czułam się na siłach, by wracać sama. Czułam jak ziemia osuwała mi się spod nóg. Moja bezpieczna przystań zniknęła w ułamku sekundy. Znów dryfowałam pośród bezkresnego oceanu. — Dziadek Saia to znajomy ojca z wojska. — Sasuke odezwał się po chwili niezręcznej ciszy. — Czasami do nas przychodzi. Ostatnio chwalił się, że jego wnuk znalazł w końcu dziewczynę. Długowłosą blondynkę o niebieskich oczach.
— Oh — wymsknęło się spomiędzy moich warg.
Zatrzymaliśmy się przed przejściem dla pieszych. Czerwone światło o kształcie niby człowieczka mignęło trzy razy i pojawił się zielony ludzik.
— Wyluzuj — powiedział Uchiha, wchodząc na pasy. — Gadałem z Saiem. Powiedział mi, że to wasza wielka tajemnica, a ja nie mam żadnego interesu w ujawnieniu jej. Chociaż… — Zmarszczył brwi, by po chwili namysłu dodać: — Chyba nigdy nie podziękowałem ci za tamtego kopniaka pomiędzy żebra.
— Przecież na niego zasłużyłeś! — zaprotestowałam.
Chłopak wydał bliżej nieokreślony dźwięk, wzruszając ramionami.
Wciąż było mi słabo, ale mroźne powietrze listopadowej nocy orzeźwiało zamglone zmysły. Brałam głębokie i długie oddechy. Próbowałam się uspokoić, posklejać rozsypane kawałeczki w... cokolwiek.  
— Ino.
Zatrzymałam się, chociaż nie miałam pewności, czy Sasuke wypowiedział moje imię, czy był to tylko szept w koronach drzew. Zerknęłam na niego i wtedy się zreflektowałam. Znajdowaliśmy się przed kwiaciarnią.
— Dzięki — mruknęłam pod nosem.
— Ino — powtórzył moje imię.
— Czego chcesz? Przecież ci podziękowałam. — Wyciągnęłam z kieszeni kurtki pęk kluczy do domu i próbowałam odnaleźć właściwy.
— Co się dzieje? — zapytał Uchiha, nawiązując po raz pierwszy tego wieczoru kontakt wzrokowy. Było ciemno, ale mimo to czułam jak bezczelnie dobiera się do mojego wnętrza, przekopuje przez warstwy skóry i mięśni, głębiej i głębiej. Zupełnie jakby widział wszystko, co we mnie siedzi. Nawet to, czego sama nie mogłam dostrzec.
Klucze wysunęły się z dłoni i upadły z brzdękiem na bruk. Zimna macka strachu zacisnęła się wokół mojej tali. Powoli pełzła w górę. Owijała się dookoła żeber, mostka, klatki piersiowej. Wślizgnęła się na obojczyki…
— O co ci chodzi? — wychrypiałam, nim otuliła moją szyję i zaczęła się zacieśniać.
— Widzę, że dzieje się coś złego. Nie jestem ślepy — powiedział. — Sakura też nie. Martwi się o ciebie — mówił, wciąż patrząc w moją duszę. — Przestań udawać i kłamać. Powiedz prawdę, zanim będzie za późno.
Z trudem złapałam haust powietrza. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa i upadłam na kolana. Kilka łez uciekło spod powiek, ale kiedy Sasuke kucnął obok i przycisnął mnie mocno do siebie, straciłam kontrolę. Zaczęłam głośno szlochać. Echo mojej rozpaczy rozbiegło się po okolicy i zbudziło śpiące psy. Zaczęły zawodzić do księżyca w akompaniamencie moich jęków.
— Daj sobie pomóc — wyszeptał Sasuke, wzmacniając uścisk.
Przycisnęłam czoło do jego ramienia, gdy wstrząsnęła mną kolejna fala szlochu. Bolało jak jasna cholera. Dusiłam się w sobie. Czułam każdy najmniejszy mięsień, który ciążył mojej duszy. Chciałam się wyrwać. Porzucić tę bezużyteczną kupę mięsa i ulecieć wraz z wiatrem. Chciałam nie istnieć.

Kiedy zasmarkana i zziębnięta weszłam do swojego pokoju i zamknęłam drzwi na klucz, dotarło do mnie, co miało przed chwilą miejsce. Nie kłopotałam się zapalaniem światła. Roztrzęsiona osunęłam się pośród ciemności na podłogę. Ogarnął mnie potworny wstyd. Rumieńce paliły moje policzki. Rozpadłam się na kawałeczki przed Sasuke Uchihą. Ja, Ino Yamanaka, wypłakiwałam oczy na jego ramieniu.
Z trudem doczołgałam się do łóżka i wdrapałam na nie. Odszukałam telefon leżący na poduszce. Ostry strumień światła błysnął w moje spuchnięte oczy. Zmrużyłam powieki, próbując odczytać cokolwiek z paska powiadomień. W końcu kreski ułożyły się w sensowny ciąg liter: 3 nieodebrane połączenia od: Sakura, 11 nowych wiadomości od: Sakura.

< >

Upchnąłem niedbale książki do plecaka i zarzuciłem go na ramię. Opuściłem klasę, kierując się do szatni. Szarość pochłaniała szkolne korytarze. Ostatnie jasne kolory drgały w powietrzu. Cienie wydłużyły się i leżały pokotem na podłogach i ścianach. Światło jarzeniówek odbijało się trupim blaskiem od brudnych, marmurowych schodów. Kilka osób z klasy przebiegło obok mnie, rzucając szybkie cześć. Skinąłem im nieznacznie głową w odpowiedzi.
Kiedy wszedłem do szatni była już prawie pusta. Prawie. Sasuke stał obok mojej szafki, zerkając nerwowo na zegarek. Wycignąłem dłoń i w milczeniu uścisnęliśmy sobie  ręce.
— No? — ponagliłem go.
— Pomyślałem, że powinieneś wiedzieć. Spotkałem wczoraj wieczorem Ino — wymamrotał. — I coś się stało…
— Co? — zapytałem głośniej. — Konkrety, Uchiha.
— Wpadłem na nią w sklepie. Zrobiłem zakupy i odprowadziłem ją do domu, bo było już późno — mówił, unikając mojego spojrzenia. — Zapytałem, co się dzieje, no i wtedy zaczęła płakać.
Cholera.
Wyciągnąłem z szafki buty i kurtkę i ubrałem się szybko.
— Coś jeszcze? — dopytywałem. — Myśl. Cokolwiek. Jakiś drobiazg.
— Nie wiem, nie pamiętam. — Pokręcił głową.
— Dzięki — rzuciłem. Złapałem plecak i wybiegłem ze szkoły. Jej komórka od rana była wyłączona, ale mimo to podjąłem kolejną próbę kontaktu. Gdy tylko usłyszałem pocztę głosową, zakląłem siarczyście.
Mroźne powietrze drażniło moje drogi oddechowe. Wpadłem na pasy, przebiegając na drugą stronę ulicy. Ludzie, wracający z pracy do domu, patrzyli na mnie krzywo i kręcili głowami. Nie przywiązywałem do tego większej wagi. Tylko ona się dla mnie liczyła. Nie mogłem pozwolić, by stała jej się krzywda.
Przebiegłem ostatnie metry, dzielące mnie od domu Yamanaki i nagle się zatrzymałem. Na chodniku stało auto jej rodziców. Czerwona Toyota Yaris. Nie mogłem tak po prostu wpaść do środka. Potrzebowałem pretekstu. Myśl, myśl!
— Mogę w czymś pomóc? — Usłyszałem z tyłu głowy. Odwróciłem się, by zmierzyć się z wysokim, postawnym mężczyzną około pięćdziesiątki. Miał wyraźnie zarysowane kości policzkowe. Zmarszczył brwi, pod którymi skuliły się lazurowe tęczówki.
— Dzień dobry — przywitałem się najgrzeczniej jak potrafiłem. — Nazywam się Sai Shimura. Jestem kolegą Ino ze szkoły.
— I?
— Poprosiła mnie, abym pomógł jej w nadrobieniu zaległości z lekcji — odpowiedziałem równie uprzejmie.
Pan Yamanaka skinął głową i skierował się w stronę sklepu. Poszedłem za nim, starając się uspokoić oddech. Z lewej strony budynku znajdowało się osobne wejście do części mieszkalnej. Mężczyzna wysunął klucz w zamek.
— O ile pamiętam to Sakura zawsze przychodziła do Ino z lekcjami. — Spojrzał na mnie kątem oka.
— Tak, ale dziś nie mogła. Musiała pojechać do dziadków. — Cholera, nawet nie wiem, czy oni jeszcze żyją.
Na szczęście Pan Yamanaka nie zastanawiał się nad tym zbyt długo. Otworzył drzwi i pokierował mnie:
— Schodami do góry. Potem w prawo, pierwsze drzwi.
— Dziękuję. — Skinąłem głową, choć zaczynało mi się robić niedobrze od wymuszonych grzeczności. Tylko trwoniłem cenny czas.
— Hej, młody człowieku. — Nagle zacisnął wielką łapę na moim przedramieniu. Spojrzałem na niego z niepokojem.  — Nie myśl o żadnych nieprzyzwoitych rzeczach.
Omal nie parsknąłem śmiechem. W tej sytuacji były to ostatnie słowa, które spodziewałem się usłyszeć.
— Dobrze, proszę pana. — Poczekałem, aż usłyszę charakterystyczny klik towarzyszący zamykaniu drzwi i powoli zacząłem wspinać się po schodach. Nagle ogarnęły mnie wątpliwości. Co jeśli przerysowałem sytuację? Co jeśli Ino miała zwyczajnie gorszy dzień? Albo złapała zwyczajne przeziębienie?
Zatrzymałem się przed jej pokojem z ręką wyciągniętą ku klamce. Yamanaka nie chciała, żebym był jej oficjalnym chłopakiem. Nie chciała, żeby ktokolwiek o nas wiedział. To, co się między nami zdarzyło, miało pozostać między naszą dwójką. Na całą, cholernie długą i nieskończoną, wieczność.
Ostrożnie przekręciłem gałkę i wsunąłem się do środka. Pokój zawisł w złocistym półmroku. Przez pół-zasłonięte okno wpadł promień słońca. Drobinki pyłu drgały w jego ciepłym, promieniującym świetle. Wątłe ciało leżało na łóżku i unosiło się miarowo w górę i w dół, w górę i w dół, w górę i... Zsunąłem plecak z ramienia, podchodząc bliżej.
— Ino — szepnąłem cicho. Uklęknąłem obok łóżka na wysokości twarzy — bladej, kościstej, smutnej.
— Sai — odpowiedziała równie cicho. Podniosła opuchnięte powieki i spojrzała na mnie półprzytomnie. — Sai — powtórzyła. W jej lewym kąciku prawego oka zaszkliła się łezka. Z trudem wyciągnęła ramię w moim kierunku.
— Jestem tu. — Przyciągnąłem do siebie wątłe ciało, oplatając je ramionami. — Jestem. — Naprawdę byłem, bo czasoprzestrzeń skuliła się do rozmiaru naszych ciał. A może ciała? Nie wiedziałem, czy moja ręka zaczynała się u końca jej ręki czy była tylko jedną i tą samą ręką. Nasz oddech stał się jednym oddechem i w naszych ciałach uderzało tylko jedno, wspólne serce. Puk — puk — puk. Ten delikatny dotyk na moim policzku — to był jej oddech czy wiatr w otaczającej nas próżni? Usta otwierały się i zamykały i znów otwierały, ale jakby wciąż niepewne słów. Głowa wpadła w głowę, nos potknął się o nos, wargi splątały z wargami, ciała znów stały ciałami i byliśmy tylko ciałami.
A potem usta wydały na świat dźwięk:
— Nie wiem, kim jestem — szepnęła cicho. — Nie znam tej nowej siebie, tej, która wszystkiego się boi, płacze z byle powodu i jest tak żałosna, beznadziejna. Ja… Chciałabym zniknąć, Sai. Chciałabym być niewidzialna. Być mała, jak ziarnko piasku albo jeszcze mniejsza.
— Ino — wypowiedziałem drżącym głosem.
— Jestem zmęczona. Strachem. Smutkiem. Niespodziewaną euforią. Zmęczona tym wszystkim. — Oparła głowę na moim ramieniu. — Nie mam siły z sobą walczyć.
— Nie musisz. — Ująłem jej twarz dłońmi i zmusiłem, by spojrzała mi w oczy. — Nie walcz z sobą — powiedziałem powoli, kładąc nacisk na każde słowo. — Wiem, że jest ci teraz trudno, że zmagasz się z czymś strasznym i może nawet wydaje ci się, że to z góry przegrana walka, ale…
Yamanaka wyrwała się.
— Przestań — syknęła. — Przestań pieprzyć jak natchniony. Nie znasz mnie, a zachowujesz-
— A ty? Przed chwilą powiedziałaś, że też siebie nie znasz — wyrzuciłem jej. Po chwili jednak moja złość ustąpiła. Przyciągnąłem ją znów do siebie i mocno przytuliłem. — Nie musimy o tym rozmawiać, jeśli nie chcesz. Ogarnij się, przebierz i pójdziemy gdzieś.

Gdzieś oznaczało miejsca, w których nie bywają nasi znajomi. Wróć, znajomi Ino. Ja nie miałem wielu przyjaciół — w szkole nie nawiązałem żadnej bliższej relacji, a ludzie z szkoły artystycznej zazwyczaj zaszywali się w swoich czterech ścianach. Kiedy więc wychodziłem z Ino na miasto, nie mieliśmy wielkiego wyboru. Albo szwędaliśmy się po opuszczonych budynkach i parkach, albo zaszywaliśmy w ulicznych budkach z jedzeniem.
— Nie jestem pewna — mruknęła, robiąc krok w tył.
— Ale ja jestem. — Złapałem ją pewnie za rękę i pociągnąłem do środka. Kręgielnia była przestronna i urządzona w modernistycznym stylu. Proste krzesła, zwykłe stoliki, neutralne kolory. Połowę lokalu zajmowały tory do gry, oblężone przez gimnazjalistów, drugą — zaaranżowaną na kawiarnię — grupka starszych pań.
— Tamto miejsce jest prawie niewidoczne — powiedziałem, wskazując stolik w rogu sali. — Zamówię coś do jedzenia i przyjdę. No, idź — dodałem. Upewniwszy się, że nie zamierza uciec, poszedłem do baru. Zamówiłem dużą kanapkę z kurczakiem, szarlotkę i dwa kubki herbaty.
Zająłem miejsce naprzeciwko Ino i w milczeniu przyglądałem się, jak wierciła się na krześle. Nie mogłem znaleźć w głowie żadnych słów, które byłby odpowiednie. Słów, których chciałaby słuchać. Chociaż w tej chwili wydawała się być zaabsorbowana innym problemem…
Zacisnąłem dłonie na kolanach. Oddychaj. Nie pozwól by niekonstruktywne myśli przejęły nad tobą kontrolę. Wdech. Skup się na pozytywach: jesteś z nią tutaj. Wydech. Będzie dobrze.
Kelnerka przyniosła zamówiony posiłek i życzyła smacznego.
— Zjedz coś — powiedziałem.
Ino sięgnęła po szarlotkę.
— Nie. — Popchnąłem talerz z kanapką w jej stronę. — Najpierw to.
Dlaczego to zaczęliśmy? Ponieważ chcieliśmy żyć. Jeszcze jeden dzień. Jeden moment. Oddech. Życie wyprowadzało się z naszych ciał. Dzień po dniu. Stawaliśmy się pustymi skorupami.
— O czym myślisz? — zapytała.
Nie byliśmy sobie przeznaczeni. Czasami samotni ludzie wpadają na siebie przypadkiem. Ciąg dalszy następuje za obopólną zgodą.  
— O nas — odpowiedziałem, patrząc jej w oczy.
O nas?
— O nas. O naszej dwójce. O tobie i mnie razem.
Ino utkwiła spojrzenie w kubku herbaty. Starała się ukryć swoje zakłopotanie.
— Sai — powiedziała po chwili. — Nas nie ma.
— Wiem.


Powinnam zacząć od przeprosin, ale nie wiem, czy to ma sens. Tyle razy już przepraszałam
i na tym się właściwie kończyło... Więc powiem tylko, że maturach postaram się
dokończyć PW2 i na pewno to zrobię! 
Trzymajcie się! :3 I nie przeklinajcie mnie za bardzo x'D

ps. DZIĘKUJĘ WAM ZA TE WSZYSTKIE KOMENTARZE POD OSTATNIM ROZDZIAŁEM. NAWET NIE WIECIE, JAK MI BYŁO MIŁO. NIE UMIEM TEGO OPISAĆ SŁOWAMI. DZIĘKUJĘ!!! <3

środa, 31 października 2018

[11b] Punkt widzenia 2

Rozdział pierwszy

“Just give me a reason
To keep my heart beating
Don't worry, it's safe right here in my arms
As the world falls apart around us
All we can do is hold on, hold on”

Z ulgą przywitałam dzwonek kończący lekcję, choć nie był to ten, na który czekałam od rana. Musiałam wykazać się odrobiną cierpliwości. Jeszcze tylko dwie godziny japońskiego i… I co?, zapytałam siebie. Westchnęłam, przymykając powieki. Ostatnio nic się nie układało. Było do dupy.
— Ino, chodź do nas. — Spojrzałam na Sakurę, siedzącą obok Hinaty. Uśmiechała się do mnie i machała ręką.
Podeszłam do dziewczyn i oparłam się pupą o ławkę. Nie przysłuchiwałam się dokładnie temu, o czym rozmawiały. Widziałam je jak przez mgłę. Obie były w szczęśliwych związkach, choć nie powiedziałabym, żeby Uzumaki i Uchiha byli najlepszymi partiami. Jednak szanowałam ich decyzję i odwagę, bo dzięki nim Sakura coraz częściej się uśmiechała, stała się pewniejsza siebie. Hinata zaś przestała się jąkać i panicznie bać wszystkiego.
A ja?
— Ino, słuchasz nas? — zaniepokojony głos Hyugi, przeciął potok myśli w mojej głowie.
Posłałam im przepraszający uśmiech.
— Zamyśliłam się, wybaczcie.
— Ostatnio coraz częściej ci się to zdarza — zauważyła Haruno. Taksowała mnie spojrzeniem i byłam pewna, że jeszcze chwila i dowiedziałaby się.
— W każdym razie — zaczęła Hinata — mówiłam o tym, że zdecydowałam się iść na filologię angielską. — Przygryzła wargę. — Tylko jeszcze nie powiedziałam ojcu.
— Chcesz zostać nauczycielką? — zapytałam.
— Nie, nie. — Pokręciła głową. — Tłumaczem. Chciałabym tłumaczyć książki.
Sakura coś jej odpowiedziała, ale znów nie zrozumiałam co. Próbowałam się skupić na byciu z nimi tu i teraz. Naprawdę. Tylko nie potrafiłam. Odpływałam wraz z moimi myślami, które przepełnione były strachem i niepewnością.
— Obgadujecie mnie?
Obcy, suchy głos przerwał paplaninę Haruno. Spojrzałam na jego właściciela i prychnęłam pod nosem.
— Jakiś problem? — łypnął na mnie spode łba.
Odkąd Sasuke został oficjalnym chłopakiem mojej przyjaciółki, nie mogłam się powstrzymać przed dogryzaniem mu. Właściwie, to głównie dla zasady. Bo kiedyś tam prawie go pobiłam, a skoro to zrobiłam, nie mogłam go od tak zaakceptować, prawda? Okazałabym słabość.
— Rozmawiałyśmy o planach na studia — powiedziała Sakura, uśmiechając się jakby przepraszająco.
Chłopak burknął coś pod nosem i odszedł.
— Rodzice suszą mu głowę, żeby w końcu zdecydował, co chce robić w życiu — wyjaśniła. Spojrzała na moment w kierunku, w którym poszedł.
— Tak samo z Naruto — westchnęła Hinata.
Choć nigdy nie miałam chłopaka, znałam problematykę związków damsko-męskich aż za dobrze. Nie mogłam tego uniknąć, przyjaźniąc się z Sakurą. Od zawsze słuchałam jej wynurzeń na temat Uchihy, a potem pomagałam przetrwać najgorszy okres w życiu. Na szczęście pogodziła się już z odejściem Araty.
— Ino? — zagadnęła. — A ty?
— Co ja?
— No, na jakie studia chcesz iść? — Sakura zrobiła zamyśloną minę. — Mówiłaś, że nie chcesz przejmować kwiaciarni rodziców.
Ciche westchnięcie uciekło z moich płuc, wbrew mojej woli.
— Jeszcze… — zaczęłam niepewnie, ale szkolny dzwonek zagłuszył to, co chciałam powiedzieć. Zaraz potem do klasy zaczęli wracać uczniowie i zapanował chaos. Wykorzystałam tę okazję, by wymigać się od odpowiedzi.

Usłyszałam cichy trzask drzwi. To mama wróciła do domu po zamknięciu kwiaciarni. Zdjęła buty, odwiesiła fartuch i już po chwili słyszałam szuranie kapci. Poszła do kuchni. Ja tymczasem poderwałam się z łóżka, by usiąść przy biurku. Otwarłam jakiś podręcznik, zeszyt i podparłam głowę na ręce, udając, że się pilnie uczę. Chwilę później w progu stanęła mama. Na ustach miała delikatny uśmiech.
— Co robisz, Ino? — zapytała zmęczonym głosem.
— Uczę się — odpowiedziałam. — Mam na jutro dużo zadane i jeszcze lekturę do przeczytania.  — Przewróciłam oczami. — A u ciebie coś ciekawego?
— Ostatnio przychodzi do nas coraz więcej klientów. Może pomożesz nam w weekend?
Spanikowałam. Moją głowę zalała fala myśli, ale ostatecznie odpowiedziałam tylko:
— Może — I uśmiechnęłam się.
— Okej. — Mama odwzajemniła gest. — To ja pójdę zrobić kolację. Tata pewnie niedługo wróci.
Mruknęłam i wróciłam do książek. Kiedy rodzicielka zniknęła, westchnęłam cicho, przymykając powieki. Nie mogłam znaleźć ani jednego mięśnia, który by mnie nie bolał. Moje ciało od dłuższego czasu było napięte, oddech miałam ciężki i nierówny. W głowie zaczęły mnożyć się różne głosy. Obrazy z przeszłości pokrywały się wzajemnie. Świat dookoła mnie wirował, a ja zaczynałam wariować. Chciałam rozdrapać skórę. Brodzić paznokciami w mięsie. Wyrwać sobie płuca. Zmiażdżyć serce.
Upadłam cicho na podłogę. Ktoś mnie dusił. Zaciskał dłoń na moim gardle. Ktoś mnie dusił. Wbijał igły w kark. Ktoś mnie dusił. Z trudem łapałam oddech.

Kiedy ocknęłam się jakiś czas później, w pokoju panowała nieprzenikniona ciemność. Przewróciłam się na bok, szukając ręką po omacku telefonu. Leżał na łóżku. Dioda w górnym rogu migała zielonym błyskiem. Odblokowałam ekran i sprawdziłam godzinę. 18:06. Skasowałam wszystkie powiadomienia z paska, nawet ich nie sprawdzając. Powoli podniosłam się do siadu, a potem wstałam na nogi. Włączyłam latarkę w telefonie, by się nie potknąć w drodze do łazienki, która znajdowała się naprzeciwko mojego pokoju. Cichutko prześlizgnęłam się do środka i zamknęłam drzwi.
Z lustra patrzyła na mnie naprawdę żałosna dziewczyna. Twarz miała w smugach tuszu do rzęs. Usta spękane i pogryzione do krwi. Na szyi wykwitały fioletowe sińce. Odwróciłam wzrok. Nie chciałam na nią patrzeć. Nie potrafiłam spojrzeć jej w oczy.
Delikatnie umyłam twarz, osuszyłam papierowym ręcznikiem, nałożyłam odrobinę pudru. Włosy rozczesałam i splotłam w dwa luźne warkocze. Umyłam zęby, by pozbyć się metalicznego posmaku. Potem szybko wróciłam do pokoju. Zdjęłam bluzkę i zarzuciłam na siebie szarą, nieco za dużą bluzę. Szyję otuliłam wełnianym szalem.
— Nie jestem głodna! Wychodzę do Sakury się pouczyć! — poinformowałam rodziców, sznurując buty w przedpokoju.
Ojciec wychylił głowę z salonu. Zmarszczył czoło, zastanawiając się nad czymś.
— Wróć przed dwudziestą drugą — powiedział tylko.
Złapałam kurtkę, pęk kluczy i zbiegłam po schodach. Drobne kropelki mżawki opadały na ziemię w żółtawym świetle ulicznych latarni. Jesienny chłód szczypał moje poranione wargi. Szłam szybko, niemal biegłam. Chciałam jak najprędzej znaleźć się u celu. Chciałam wtulić się w najbezpieczniejsze ramiona na świecie. Chciałam słuchać najcudowniejszego głosu na świecie.
Stanęłam pod drzwiami wejściowymi i zastukałam. Z niecierpliwością tuptałam z nogi na nogę. Zapukałam jeszcze raz. W końcu po chwili zamek kliknął, a zawiasy skrzypnęły.
— Ino? — zapytał zaskoczony, wpuszczając mnie do środka.  — Myślałem, że dziś już nie przyjdziesz.
Nie mogłam czekać ani sekundy dłużej. Przywarłam do jego warg, rozpychając je językiem. Chciałam wepchnąć mu go do gardła. Poczuć, że żyję. Sai niemal natychmiast odpowiedział na pieszczotę. Był równie zachłanny i spragniony jak ja. Z łatwością dotrzymywał mi kroku. Wplotłam palce w jego długie czarne włosy. Zapragnęłam ugryźć go w wargę, ale wtedy natarł na mnie jeszcze mocniej. Uderzyłam plecami w ścianę, aż zabrakło mi tchu. Nie zamierzałam się jednak poddawać. Celowo zwolniłam rytm, by po chwili zaatakować.  
Sai syknął i odsunął się gwałtownie. Łapiąc łapczywie powietrze, zauważyłam małą rankę, którą mu zrobiłam. Uśmiechnęłam się pod nosem. Wygrałam.
— Byliście lepsi niż ta para w telewizji.
Podskoczyłam jak oparzona, słysząc głos starszego pana. Serce niemal podeszło mi do gardła. Utkwiłam wzrok w czubkach butów, starając się ukryć rumieńce. Nie miałam odwagi na niego spojrzeć. Było mi strasznie wstyd. Nie dlatego, że pocałowałam Saia, ale dlatego, że jego dziadek to zobaczył.
— Dlaczego nie śpisz, dziadku? — zapytał Sai, jakby nic się nie stało.
— Jest dopiero dziewiętnasta. Dlaczego miałbym spać? — odpowiedział pan Danzo.
Chłopak złapał mnie za rękę i pociągnął delikatnie w kierunku schodów.
— Będziemy na górze, jakby coś.
— Ufam, że wiecie do czego służą prezerwatywy.

< >

Była urocza.
Nie.
Była jeszcze bardziej urocza niż zwykle. Siedziała na kanapie, nerwowo skubiąc wargę zębami. Blado-różowe rumieńce na policzkach podkreślały intensywny błękit jej oczu. Próbowałem ją przekonać, że nie musi się obawiać mojego dziadka, ale poniosłem porażkę. Poszedłem więc zrobić dla niej herbatę. Kiedy po chwili wróciłem, wciąż siedziała w tej samej pozycji.
— Proszę. — Podałem jej kubek.
— Dziękuję — powiedziała cicho.
Skinąłem głową, zbierając z kanapy i podłogi porozrzucane szkice, zeszyty i  książki. Część upchnąłem na półce, a część rzuciłem na biurko. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek panował tutaj porządek. Od zawsze łatwiej odnajdywałem się pośród chaosu.
— Co jest? — zapytałem, siadając obok dziewczyny.
— Nic — burknęła i odwróciła wzrok.
— Tworzenie własnego świata w jakiejkolwiek dziedzinie sztuki, wymaga odwagi. Georgia O'Keeffe — dodałem, przypomniawszy sobie autorkę tych słów. — Życie to także dziedzina sztuki. Pytanie brzmi, czego w takim razie się boisz?
Odpowiedziało mi milczenie.
— Na początku dwudziestego wieku, w świecie zdominowanym przez mężczyzn, malowała interesujące i nowatorskie obrazy. Porzuciła geometryczną abstrakcję na rzecz miękkich i opływowych form. Co ciekawe, lubiła ją publiczność, media i krytyka artystyczna. Była ulubienicą Ameryki — mówiłem. — Wiodła też ciekawe życie osobiste. Wyszła za mąż za Stieglitza, właściciela prestiżowej galerii 291 w Nowym Jorku. Choć byli razem, aż do śmierci, oboje mieli kilka romansów.
Ino spojrzała na mnie, a właściwie przeze mnie. Oczami błądziła gdzieś dalej, szukała czegoś, ale nie można zobaczyć niewidzialnego.  
— Chcesz przez to powiedzieć, że jestem tchórzem — rzuciła sucho, jakby było jej wszystko jedno, co tak naprawdę chciałem powiedzieć.
— Nie — zaprzeczyłem. Odebrałem z rąk Yamanaki kubek i odstawiłem go na stolik. — To, że się boisz, wcale nie znaczy, że jesteś tchórzem. — Kiedy zacząłem powoli zdejmować z jej szyi szal, nie protestowała. W milczeniu obserwowała moje ruchy. — Cytując za Murphym, istnieją dwa rodzaje strachu: normalny i nienormalny. Normalny, czyli wrodzony, przed spadaniem i przed groźnymi odgłosami. Nienormalny zaś jest wytworem niekontrolowanej wyobraźni. — Delikatnie dotknąłem żzółto-fioletowych sińców. Potem bardzo powoli przesunąłem opuszki palców ku górze. Musnąłem jej spękane usta. Syknęła cicho. — Cała sztuka polega na tym, by zmierzyć się ze strachem. A żeby to zrobić, musisz najpierw głośno powiedzieć, czego się boisz.
Yamanaka złapała moją dłoń i mocno splotła nasze palce. Zupełnie jakby potrzebowała potwierdzenia, że ta chwila była prawdziwa.
— Sai, jesteś najlepszym, co mnie ostatnio spotkało — wyszeptała. Uniosła się delikatnie i przybliżyła swoją twarz, by odcisnąć na moich ustach delikatny pocałunek. — Dziękuję, że jesteś.
Nie bardzo wiedziałem, co powinienem zrobić. Gorączkowo poszukiwałem odpowiedniej odpowiedzi, ale w końcu zrozumiałem: nie ma dobrych odpowiedzi. Więc po prostu objąłem ją ramieniem. Ino przywarła głową do mojego torsu, zaciskając palce na materiale swetra. Doskonale wyczuwałem napięcie w jej mięśniach. Na szczęście z każdym kolejnym oddechem stawała się coraz bardziej rozluźniona, a po kilku minutach zapadła w delikatny sen.
Dotknąłem rozciętej wargi i skrzywiłem się. Nigdy nie całowała tak zachłannie, namiętnie, gwałtownie. Ten pocałunek przepełniony był rozpaczą. Cholera. Chciałem jej pomóc, zabrać ten ciężar z jej ramion, ale nie mogłem nic zrobić, bo nie wiedziałem, co się dzieje. Nie chciała mi powiedzieć. Po prostu przychodziła do mnie, szukając schronienia. Z marnym skutkiem próbowałem dowiedzieć się czegoś od Naruto. W końcu to on nas sobie przedstawił, więc myślałem, że może coś… Nie wziąłem tylko pod uwagę poziomu IQ chłopaka. Chciałem zagadnąć Haruno, ale ona o nas nie wiedziała, dlatego tym bardziej nie mogła wiedzieć nic więcej.
Może nikt jeszcze tego nie zauważył, bo nie było to zbyt oczywiste, ale od  incydentu Haruno-Uchiha minęły dwa lata. Dwa długie lata, podczas których Ino Yamanaka stała się kimś innym, kimś kogo nie znała nawet najlepsza przyjaciółka.
Ale znałem ja. I wiedziałem, że nadszedł czas na jej historię, bo była równie ważna.

To jest chyba najmądrzejszy rozdział jaki w życiu napisałam. XD Tak się jaram, że mam ochotę wyjaśnić wszystkie konteksty, ukryte znaczenia, każdy szczególik, na który może nawet nie zwróciliście uwagi. Ale NIE. Sami nad tym pomyślcie. Użyjcie głowy i pomyślcie. ;3
Spodziewam się też, że historia Ino nie porwie Was tak jak Sakury i Sasuke. Ale będę ją pisać, bo, tak jak powiedział Sai, jest równie ważna. Może nie tak dramatyczna i romantyczna, ale nadal ważna.  
Do następnego rozdziału. Buziii! :3

edit: Blue_Bell, Mayako nie lubię Was :( Jak macie mi pisać tyle pochwał w komentarzach to lepiej napiszcie po prostu "fajny rozdział", bo nie mogę się teraz pozbierać. Albo poczekajcie do epilogu. I drodzy inni czytelnicy też. Nie jestem człowiekiem, który dobrze znosi pochwały, komplementy, czy wyznania miłości, ok? ;_______;

CREATED BY
MAYAKO
CREDIT: ART