środa, 31 października 2018

[11b] Punkt widzenia 2

Rozdział pierwszy

“Just give me a reason
To keep my heart beating
Don't worry, it's safe right here in my arms
As the world falls apart around us
All we can do is hold on, hold on”

Z ulgą przywitałam dzwonek kończący lekcję, choć nie był to ten, na który czekałam od rana. Musiałam wykazać się odrobiną cierpliwości. Jeszcze tylko dwie godziny japońskiego i… I co?, zapytałam siebie. Westchnęłam, przymykając powieki. Ostatnio nic się nie układało. Było do dupy.
— Ino, chodź do nas. — Spojrzałam na Sakurę, siedzącą obok Hinaty. Uśmiechała się do mnie i machała ręką.
Podeszłam do dziewczyn i oparłam się pupą o ławkę. Nie przysłuchiwałam się dokładnie temu, o czym rozmawiały. Widziałam je jak przez mgłę. Obie były w szczęśliwych związkach, choć nie powiedziałabym, żeby Uzumaki i Uchiha byli najlepszymi partiami. Jednak szanowałam ich decyzję i odwagę, bo dzięki nim Sakura coraz częściej się uśmiechała, stała się pewniejsza siebie. Hinata zaś przestała się jąkać i panicznie bać wszystkiego.
A ja?
— Ino, słuchasz nas? — zaniepokojony głos Hyugi, przeciął potok myśli w mojej głowie.
Posłałam im przepraszający uśmiech.
— Zamyśliłam się, wybaczcie.
— Ostatnio coraz częściej ci się to zdarza — zauważyła Haruno. Taksowała mnie spojrzeniem i byłam pewna, że jeszcze chwila i dowiedziałaby się.
— W każdym razie — zaczęła Hinata — mówiłam o tym, że zdecydowałam się iść na filologię angielską. — Przygryzła wargę. — Tylko jeszcze nie powiedziałam ojcu.
— Chcesz zostać nauczycielką? — zapytałam.
— Nie, nie. — Pokręciła głową. — Tłumaczem. Chciałabym tłumaczyć książki.
Sakura coś jej odpowiedziała, ale znów nie zrozumiałam co. Próbowałam się skupić na byciu z nimi tu i teraz. Naprawdę. Tylko nie potrafiłam. Odpływałam wraz z moimi myślami, które przepełnione były strachem i niepewnością.
— Obgadujecie mnie?
Obcy, suchy głos przerwał paplaninę Haruno. Spojrzałam na jego właściciela i prychnęłam pod nosem.
— Jakiś problem? — łypnął na mnie spode łba.
Odkąd Sasuke został oficjalnym chłopakiem mojej przyjaciółki, nie mogłam się powstrzymać przed dogryzaniem mu. Właściwie, to głównie dla zasady. Bo kiedyś tam prawie go pobiłam, a skoro to zrobiłam, nie mogłam go od tak zaakceptować, prawda? Okazałabym słabość.
— Rozmawiałyśmy o planach na studia — powiedziała Sakura, uśmiechając się jakby przepraszająco.
Chłopak burknął coś pod nosem i odszedł.
— Rodzice suszą mu głowę, żeby w końcu zdecydował, co chce robić w życiu — wyjaśniła. Spojrzała na moment w kierunku, w którym poszedł.
— Tak samo z Naruto — westchnęła Hinata.
Choć nigdy nie miałam chłopaka, znałam problematykę związków damsko-męskich aż za dobrze. Nie mogłam tego uniknąć, przyjaźniąc się z Sakurą. Od zawsze słuchałam jej wynurzeń na temat Uchihy, a potem pomagałam przetrwać najgorszy okres w życiu. Na szczęście pogodziła się już z odejściem Araty.
— Ino? — zagadnęła. — A ty?
— Co ja?
— No, na jakie studia chcesz iść? — Sakura zrobiła zamyśloną minę. — Mówiłaś, że nie chcesz przejmować kwiaciarni rodziców.
Ciche westchnięcie uciekło z moich płuc, wbrew mojej woli.
— Jeszcze… — zaczęłam niepewnie, ale szkolny dzwonek zagłuszył to, co chciałam powiedzieć. Zaraz potem do klasy zaczęli wracać uczniowie i zapanował chaos. Wykorzystałam tę okazję, by wymigać się od odpowiedzi.

Usłyszałam cichy trzask drzwi. To mama wróciła do domu po zamknięciu kwiaciarni. Zdjęła buty, odwiesiła fartuch i już po chwili słyszałam szuranie kapci. Poszła do kuchni. Ja tymczasem poderwałam się z łóżka, by usiąść przy biurku. Otwarłam jakiś podręcznik, zeszyt i podparłam głowę na ręce, udając, że się pilnie uczę. Chwilę później w progu stanęła mama. Na ustach miała delikatny uśmiech.
— Co robisz, Ino? — zapytała zmęczonym głosem.
— Uczę się — odpowiedziałam. — Mam na jutro dużo zadane i jeszcze lekturę do przeczytania.  — Przewróciłam oczami. — A u ciebie coś ciekawego?
— Ostatnio przychodzi do nas coraz więcej klientów. Może pomożesz nam w weekend?
Spanikowałam. Moją głowę zalała fala myśli, ale ostatecznie odpowiedziałam tylko:
— Może — I uśmiechnęłam się.
— Okej. — Mama odwzajemniła gest. — To ja pójdę zrobić kolację. Tata pewnie niedługo wróci.
Mruknęłam i wróciłam do książek. Kiedy rodzicielka zniknęła, westchnęłam cicho, przymykając powieki. Nie mogłam znaleźć ani jednego mięśnia, który by mnie nie bolał. Moje ciało od dłuższego czasu było napięte, oddech miałam ciężki i nierówny. W głowie zaczęły mnożyć się różne głosy. Obrazy z przeszłości pokrywały się wzajemnie. Świat dookoła mnie wirował, a ja zaczynałam wariować. Chciałam rozdrapać skórę. Brodzić paznokciami w mięsie. Wyrwać sobie płuca. Zmiażdżyć serce.
Upadłam cicho na podłogę. Ktoś mnie dusił. Zaciskał dłoń na moim gardle. Ktoś mnie dusił. Wbijał igły w kark. Ktoś mnie dusił. Z trudem łapałam oddech.

Kiedy ocknęłam się jakiś czas później, w pokoju panowała nieprzenikniona ciemność. Przewróciłam się na bok, szukając ręką po omacku telefonu. Leżał na łóżku. Dioda w górnym rogu migała zielonym błyskiem. Odblokowałam ekran i sprawdziłam godzinę. 18:06. Skasowałam wszystkie powiadomienia z paska, nawet ich nie sprawdzając. Powoli podniosłam się do siadu, a potem wstałam na nogi. Włączyłam latarkę w telefonie, by się nie potknąć w drodze do łazienki, która znajdowała się naprzeciwko mojego pokoju. Cichutko prześlizgnęłam się do środka i zamknęłam drzwi.
Z lustra patrzyła na mnie naprawdę żałosna dziewczyna. Twarz miała w smugach tuszu do rzęs. Usta spękane i pogryzione do krwi. Na szyi wykwitały fioletowe sińce. Odwróciłam wzrok. Nie chciałam na nią patrzeć. Nie potrafiłam spojrzeć jej w oczy.
Delikatnie umyłam twarz, osuszyłam papierowym ręcznikiem, nałożyłam odrobinę pudru. Włosy rozczesałam i splotłam w dwa luźne warkocze. Umyłam zęby, by pozbyć się metalicznego posmaku. Potem szybko wróciłam do pokoju. Zdjęłam bluzkę i zarzuciłam na siebie szarą, nieco za dużą bluzę. Szyję otuliłam wełnianym szalem.
— Nie jestem głodna! Wychodzę do Sakury się pouczyć! — poinformowałam rodziców, sznurując buty w przedpokoju.
Ojciec wychylił głowę z salonu. Zmarszczył czoło, zastanawiając się nad czymś.
— Wróć przed dwudziestą drugą — powiedział tylko.
Złapałam kurtkę, pęk kluczy i zbiegłam po schodach. Drobne kropelki mżawki opadały na ziemię w żółtawym świetle ulicznych latarni. Jesienny chłód szczypał moje poranione wargi. Szłam szybko, niemal biegłam. Chciałam jak najprędzej znaleźć się u celu. Chciałam wtulić się w najbezpieczniejsze ramiona na świecie. Chciałam słuchać najcudowniejszego głosu na świecie.
Stanęłam pod drzwiami wejściowymi i zastukałam. Z niecierpliwością tuptałam z nogi na nogę. Zapukałam jeszcze raz. W końcu po chwili zamek kliknął, a zawiasy skrzypnęły.
— Ino? — zapytał zaskoczony, wpuszczając mnie do środka.  — Myślałem, że dziś już nie przyjdziesz.
Nie mogłam czekać ani sekundy dłużej. Przywarłam do jego warg, rozpychając je językiem. Chciałam wepchnąć mu go do gardła. Poczuć, że żyję. Sai niemal natychmiast odpowiedział na pieszczotę. Był równie zachłanny i spragniony jak ja. Z łatwością dotrzymywał mi kroku. Wplotłam palce w jego długie czarne włosy. Zapragnęłam ugryźć go w wargę, ale wtedy natarł na mnie jeszcze mocniej. Uderzyłam plecami w ścianę, aż zabrakło mi tchu. Nie zamierzałam się jednak poddawać. Celowo zwolniłam rytm, by po chwili zaatakować.  
Sai syknął i odsunął się gwałtownie. Łapiąc łapczywie powietrze, zauważyłam małą rankę, którą mu zrobiłam. Uśmiechnęłam się pod nosem. Wygrałam.
— Byliście lepsi niż ta para w telewizji.
Podskoczyłam jak oparzona, słysząc głos starszego pana. Serce niemal podeszło mi do gardła. Utkwiłam wzrok w czubkach butów, starając się ukryć rumieńce. Nie miałam odwagi na niego spojrzeć. Było mi strasznie wstyd. Nie dlatego, że pocałowałam Saia, ale dlatego, że jego dziadek to zobaczył.
— Dlaczego nie śpisz, dziadku? — zapytał Sai, jakby nic się nie stało.
— Jest dopiero dziewiętnasta. Dlaczego miałbym spać? — odpowiedział pan Danzo.
Chłopak złapał mnie za rękę i pociągnął delikatnie w kierunku schodów.
— Będziemy na górze, jakby coś.
— Ufam, że wiecie do czego służą prezerwatywy.

< >

Była urocza.
Nie.
Była jeszcze bardziej urocza niż zwykle. Siedziała na kanapie, nerwowo skubiąc wargę zębami. Blado-różowe rumieńce na policzkach podkreślały intensywny błękit jej oczu. Próbowałem ją przekonać, że nie musi się obawiać mojego dziadka, ale poniosłem porażkę. Poszedłem więc zrobić dla niej herbatę. Kiedy po chwili wróciłem, wciąż siedziała w tej samej pozycji.
— Proszę. — Podałem jej kubek.
— Dziękuję — powiedziała cicho.
Skinąłem głową, zbierając z kanapy i podłogi porozrzucane szkice, zeszyty i  książki. Część upchnąłem na półce, a część rzuciłem na biurko. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek panował tutaj porządek. Od zawsze łatwiej odnajdywałem się pośród chaosu.
— Co jest? — zapytałem, siadając obok dziewczyny.
— Nic — burknęła i odwróciła wzrok.
— Tworzenie własnego świata w jakiejkolwiek dziedzinie sztuki, wymaga odwagi. Georgia O'Keeffe — dodałem, przypomniawszy sobie autorkę tych słów. — Życie to także dziedzina sztuki. Pytanie brzmi, czego w takim razie się boisz?
Odpowiedziało mi milczenie.
— Na początku dwudziestego wieku, w świecie zdominowanym przez mężczyzn, malowała interesujące i nowatorskie obrazy. Porzuciła geometryczną abstrakcję na rzecz miękkich i opływowych form. Co ciekawe, lubiła ją publiczność, media i krytyka artystyczna. Była ulubienicą Ameryki — mówiłem. — Wiodła też ciekawe życie osobiste. Wyszła za mąż za Stieglitza, właściciela prestiżowej galerii 291 w Nowym Jorku. Choć byli razem, aż do śmierci, oboje mieli kilka romansów.
Ino spojrzała na mnie, a właściwie przeze mnie. Oczami błądziła gdzieś dalej, szukała czegoś, ale nie można zobaczyć niewidzialnego.  
— Chcesz przez to powiedzieć, że jestem tchórzem — rzuciła sucho, jakby było jej wszystko jedno, co tak naprawdę chciałem powiedzieć.
— Nie — zaprzeczyłem. Odebrałem z rąk Yamanaki kubek i odstawiłem go na stolik. — To, że się boisz, wcale nie znaczy, że jesteś tchórzem. — Kiedy zacząłem powoli zdejmować z jej szyi szal, nie protestowała. W milczeniu obserwowała moje ruchy. — Cytując za Murphym, istnieją dwa rodzaje strachu: normalny i nienormalny. Normalny, czyli wrodzony, przed spadaniem i przed groźnymi odgłosami. Nienormalny zaś jest wytworem niekontrolowanej wyobraźni. — Delikatnie dotknąłem żzółto-fioletowych sińców. Potem bardzo powoli przesunąłem opuszki palców ku górze. Musnąłem jej spękane usta. Syknęła cicho. — Cała sztuka polega na tym, by zmierzyć się ze strachem. A żeby to zrobić, musisz najpierw głośno powiedzieć, czego się boisz.
Yamanaka złapała moją dłoń i mocno splotła nasze palce. Zupełnie jakby potrzebowała potwierdzenia, że ta chwila była prawdziwa.
— Sai, jesteś najlepszym, co mnie ostatnio spotkało — wyszeptała. Uniosła się delikatnie i przybliżyła swoją twarz, by odcisnąć na moich ustach delikatny pocałunek. — Dziękuję, że jesteś.
Nie bardzo wiedziałem, co powinienem zrobić. Gorączkowo poszukiwałem odpowiedniej odpowiedzi, ale w końcu zrozumiałem: nie ma dobrych odpowiedzi. Więc po prostu objąłem ją ramieniem. Ino przywarła głową do mojego torsu, zaciskając palce na materiale swetra. Doskonale wyczuwałem napięcie w jej mięśniach. Na szczęście z każdym kolejnym oddechem stawała się coraz bardziej rozluźniona, a po kilku minutach zapadła w delikatny sen.
Dotknąłem rozciętej wargi i skrzywiłem się. Nigdy nie całowała tak zachłannie, namiętnie, gwałtownie. Ten pocałunek przepełniony był rozpaczą. Cholera. Chciałem jej pomóc, zabrać ten ciężar z jej ramion, ale nie mogłem nic zrobić, bo nie wiedziałem, co się dzieje. Nie chciała mi powiedzieć. Po prostu przychodziła do mnie, szukając schronienia. Z marnym skutkiem próbowałem dowiedzieć się czegoś od Naruto. W końcu to on nas sobie przedstawił, więc myślałem, że może coś… Nie wziąłem tylko pod uwagę poziomu IQ chłopaka. Chciałem zagadnąć Haruno, ale ona o nas nie wiedziała, dlatego tym bardziej nie mogła wiedzieć nic więcej.
Może nikt jeszcze tego nie zauważył, bo nie było to zbyt oczywiste, ale od  incydentu Haruno-Uchiha minęły dwa lata. Dwa długie lata, podczas których Ino Yamanaka stała się kimś innym, kimś kogo nie znała nawet najlepsza przyjaciółka.
Ale znałem ja. I wiedziałem, że nadszedł czas na jej historię, bo była równie ważna.

To jest chyba najmądrzejszy rozdział jaki w życiu napisałam. XD Tak się jaram, że mam ochotę wyjaśnić wszystkie konteksty, ukryte znaczenia, każdy szczególik, na który może nawet nie zwróciliście uwagi. Ale NIE. Sami nad tym pomyślcie. Użyjcie głowy i pomyślcie. ;3
Spodziewam się też, że historia Ino nie porwie Was tak jak Sakury i Sasuke. Ale będę ją pisać, bo, tak jak powiedział Sai, jest równie ważna. Może nie tak dramatyczna i romantyczna, ale nadal ważna.  
Do następnego rozdziału. Buziii! :3

edit: Blue_Bell, Mayako nie lubię Was :( Jak macie mi pisać tyle pochwał w komentarzach to lepiej napiszcie po prostu "fajny rozdział", bo nie mogę się teraz pozbierać. Albo poczekajcie do epilogu. I drodzy inni czytelnicy też. Nie jestem człowiekiem, który dobrze znosi pochwały, komplementy, czy wyznania miłości, ok? ;_______;

CREATED BY
MAYAKO
CREDIT: ART