piątek, 29 grudnia 2017

[9] Prawie autobiografia


Poranek był mglisty i mroźny. Niespiesznie przemierzałam ulice miasteczka. Przed oczami widziałam białą parę z moich oddechów, zaraz potem domy, sklepy, kawiarnie i samochody. Ludzi nie dostrzegałam. Mijałam tylko opatulone po czubek nosa, skulone, rumiane krasnoludki z wielkimi odmarzniętymi nosami. Tegoroczna zima była iście jesienna. Każdego ranka szron przejmował w swe władanie drzewa, trawy, chodniki i samochody. Minusowa temperatura utrzymywała się prawie cały czas. Czasami wychodziło słońce. Biały puch spadł tylko na sklepowe wystawy i szklane ekrany. Święta upłynęły w bezśnieżnej atmosferze. Nie byłam z tego powodu szczególnie szczęśliwa. Nie byłam szczególnie szczęśliwa z wielu innych powodów.
Zatrzymałam się przed małą kafejką. Szyld Parasolka delikatnie pokrył szron. Podniosłam nogę i pchnęłam drzwi. Nie chciałam narażać skostniałych dłoni. W progu w moją twarz uderzył podmuch ciepła, zaraz potem poczułam słodki zapach kawy i cynamonu. Ogarnęłam kawiarnię wzrokiem. W Parasolce świeciło pustkami. Brązowe stoliki, beżowe ściany, kremowe firanki, kanapa w kąciku literackim – wszystko stało na swoim miejscu. Wymieniłam uśmiech ze znajomym kelnerem za ladą. Sekundę później szatyn zniknął na zapleczu kuchennym. Odetchnęłam głęboko i wtedy poczułam, jak powoli zaczynam się topić. Odnalazłam wzrokiem moje znajome. Siedziały na końcu sali, pod oknem. Ruszyłam w ich stronę.
— Cześć, młoda.
Przywitałam się z nimi, dodając, by przestały mnie tak nazywać. Szalik, czapkę i kurtkę rzuciłam na wolne krzesło.
— Wyluzuj, Kao — powiedziała Ino, odkładając na stolik komórkę. Po chwili telefon zawibrował i ponownie znalazł się w rękach blondynki. — Jak minęły święta? — zapytała.
— Beznadziejnie. Beznamiętnie. Bez…
— Dobra, rozumiem — przerwała mi i skupiła się na pisaniu wiadomości.
— Wyglądasz koszmarnie — powiedziała Sakura.
Popatrzyłam na nią, umalowaną i uczesaną, i pomyślałam, że ma rację. Haruno prezentowała się bez zarzutu. Różowe włosy miała upięte w koński ogon. Czarny wełniany golf podkreślał jej szczupłą talię, płaski brzuch i uwydatniał małe piersi. Na ulicy ktoś mógłby uznać ją za moją starszą, ładniejszą siostrą.
— Dlaczego ze wszystkich chłopaków to musiał być właśnie on? — zapytałam, opierając głowę na rękach.
Sakura delikatnie szturchnęła Ino. Blondynka z grymasem na twarzy oderwała się od telefonu i westchnęła. Ostentacyjnie skrzyżowała ramiona na piersiach.
— Na głupotę nie ma lekarstwa. A miłość jest głupia i ślepa — powiedziała. — Ty też jesteś głupia i ślepa. I na nic ci się zdadzą okulary. Gdzie je zgubiłaś? — dodała szybko, jakby w obawie, że ta myśl uleci jej z głowy.
— Chyba zostawiłam w domu. Zresztą to bez znaczenia.
W powietrzu zawisło milczenie. Yamanaka zamyśliła się, zupełnie ignorując wibrujący telefon. Zmarszczyła brwi, przeczesała ręką włosy, westchnęła. Wreszcie popatrzyła na mnie, a na jej twarzy malowała się powaga.
— Czy ty oczekujesz, że powiem ci co masz zrobić? Kao, nie mam zielonego pojęcia — powiedziała Ino. — Miłość to jakaś abstrakcja.
— Mówimy o zauroczeniu, nie o wielkiej miłości — poprawiłam ją.
— Wszystko jedno — kontynuowała niezrażona. — Najchętniej wykastrowałabym wszystkich Uchihów. Żadnego z nich pożytku. Co myślisz, Sakura?
— Przestań. — Policzki Sakury przybrały purpurowy odcień. Delikatnie objęła rękami kubek z gorącą czekoladą. — Po prostu miłość nie jest czarno-biała, Ino.
— Miłość to kłopoty — podsumowała Yamanaka.
Rozmowy na chwilę ucichły, gdyż do stolika podeszła kelnerka. Poprosiłam o kubek herbaty z cytryną.
— Boję się, że to nie jest zwykłe zauroczenie — wymamrotałam. — Może to miłość mojego życia, a ja właśnie zamykam się na nią.
— Nie obraź się, Kao — Ino zamyśliła się przez chwilę — ale to może być tylko współczucie. Widzisz drugie oblicze Itachiego, tak jak widzisz je u Naruto, czy Sasuke. W dodatku prawie wszyscy dookoła mają już kogoś, więc możesz odczuwać jakąś dziwną presję.  Poza tym — spojrzała niepewnie na Sakurę, jakby czekając na jej aprobatę — wyolbrzymiasz wszystko. Złe oceny, nieudaną rozmowę z kimkolwiek, lekko niedopieczony placek. Każde malutkie niepowodzenie traktujesz jak życiową porażkę.
— Do czego zmierzasz? — zapytałam niepewnie.
— Żebyś się ogarnęła. Powiedz mu albo się odkochaj, to proste. Ale błagam cię, nie rób z tego melodramatu.
Spuściłam głowę i zaczęłam się bawić rękami. Zauważyłam, że lakier na moich paznokciach zaczął odpryskiwać, a pierścionek przekręcił się na palcu. Ostatecznie Ino miała rację. Wyolbrzymiałam. Byłam nadwrażliwa. Byłam Werterem?
Przyznałam jej rację i zaproponowałam zmianę tematu. Już po chwili przestrzeń wypełniła się śmiechem.
Ino i Sakurę poznałam na początku roku szkolnego. Wpadłam na nie w łazience. Haruno przypominała fontannę. Yamanaka bardzo nieudolnie próbowała ją pocieszyć. Gromiła wzrokiem każdego, kto choćby spojrzał w ich stronę. Przestraszyłam się. Wyglądała wtedy na najgroźniejszą drugoklasistkę na świecie.
— Sasuke to skończony idiota — mówiła. — Nie jest wart twoich łez.
— Idiota czy nie, dlaczego on nie rozumie moich uczuć?
— Bo jest idiotą! — Ino najwyraźniej nie lubiła chłopaka.
— To nie kwestia idiotyzmu, a płci — wtrąciłam się. — Mężczyźni są tak skonstruowani, że mimo oczu są ślepi, mimo uszu głusi, mimo mózgu głupi. Ich pociągające, ładnie wyrzeźbione ciała to obudowa bardzo prymitywnego mechanizmu — powiedziałam i czmychnęłam z łazienki. Trzęsłam się jak galaretka.
Nasze drogi splotły się jeszcze kilka razy. Z czasem nawiązałyśmy nić porozumienia. Dziewczyny postanowiły się mną zaopiekować, a ja nie miałam nic przeciwko temu. W oczach pierwszoklasistki licealna rzeczywistość była brutalna.
— Postanowione! W Sylwestra idziemy na miasto i wbijamy na wszystkie możliwe domówki.
— Rodzice mnie wydziedziczą, Ino — powiedziałam, ale nawet to nie zrobiło na niej wrażenia.
— Powiesz im, że idziesz na noc do Sakury. Że będziesz grzecznie oglądać komedie romantyczne i jeść lody waniliowe z szklanych pucharków.
Postanowione.
< >
Do Sylwestra pozostały jeszcze dwa dni. Dostałam zgodę rodziców na spędzenie nocy u Sakury. Zgodnie z planem miałyśmy grzecznie oglądać komedie romantyczne i jeść lody waniliowe z szklanych pucharków. Wolny czas poświęcałam na czytanie i zabawę z kotami. Próbowałam się też trochę uczyć, ale na próbowaniu zakończyłam. Popołudniami przesiadywałam u Ino lub Sakury, czasami to one wpadały do mnie. Wszystko układało się prawie idealnie. Składałam się kawałek po kawałku i dużo myślałam o swoim zachowaniu.
Przed południem ległam na łóżko. Otuliłam się kocem i próbowałam dokończyć Siódmego syna Carda. Biała biegała po pokoju, wskakiwała na fotel przed biurkiem albo miauczała pod drzwiami.
— Kotek, chodź tu — mówiłam lekko zirytowana. — Biała, no.
W końcu przestała kaprysić i wyciągnęła się przy łóżku. Udało mi się skończyć książkę. Natychmiast zabrałam się za kolejną. Sto stron później poczułam, że potrzebuję przerwy. Rzuciłam okiem na dwa czarne koty zajmujące miejsce obok mnie. Na łóżku jest o jednego człowieka za dużo. Wyraźnie dawały mi to do zrozumienia. Zeszłam, by mogły się swobodnie rozłożyć.
Za oknem świat był ponury i statyczny. Grube chmury zakryły błękitne niebo. Na horyzoncie pojawiła się mgła. Bardzo powoli przedzierała się między domami, w głąb Konohy. Do pokoju powoli zaczęła się wkradać szarość. Poszłam do kuchni coś zjeść.
Popołudniową ciszę w domu przerwał dzwonek do drzwi.
— Kaori! Masz gościa — krzyknęłam mama.
Wychyliłam nos zza drzwiczek lodówki. Na horyzoncie pojawiła się sylwetka Uchihy. Moja rodzicielka była wniebowzięta.
— To nie tak jak myślisz, szalona kobieto — skarciłam ją, zupełnie jakbym to ja była jej matką. — Chodźmy do mnie — powiedziałam do Itachiego.
W moim pokoju panowała już przenikliwa ciemność. Włączyłam światło. Mina chłopaka, gdy zobaczył gromadkę kotów, była bezcenna. Otworzył usta, po czym roześmiał się. Jego ostre rysy twarzy złagodniały, a w czarnych oczach tliły się małe iskierki. Wyglądał nieziemsko.
— Biała, Bebe, Skarpetka to Itachi — przedstawiłam mojego gościa. — Itachi to Biała, Bebe i Skarpetka.
Kotki nie szczególnie zainteresowały się chłopakiem. Wiedziałam, że Uchiha nie był w ich typie. Trzy rywalki mniej, pomyślałam na pocieszenie. Wskazałam mu fotel przy biurku, a sama przycupnęłam na łóżku. Skarpetka podniosła głowę oburzona tym faktem. Zeskoczyła na dywan, spojrzała na Itachiego i ofuknęła go. Pokój opuściła z wysoko uniesionym ogonem.
— Co tutaj robisz? Coś się stało? — zapytałam, nie ukrywając, że zaskoczyła mnie jego wizyta.
— Przyszedłem rozwiać swoje wątpliwości. Była dziś u nas Sakura. Gdy Sasuke gramolił się z łóżka, zamieniliśmy kilka słów. Wyzwała mnie od idiotów i imbecyli — powiedział, a ponieważ nic nie odpowiedziałam, kontynuował: — Pomyślałem, że może coś wiesz.
— Nie, nic nie wiem.
— Przyjaźnicie się — powiedział. Jego spojrzenie spochmurniało gradowymi obłokami. Spięłam się w sobie gotowa do ataku. Straciłam poczucie bezpieczeństwa.
— Od niedawna.
— Więc jesteś pewna, że nic nie wiesz?
— Tak.
— Podobam ci się?
        Tak. W ostatniej chwili ugryzłam się w język.
        — Chwila… Co? — Zmusiłam się do słabego uśmiechu. — Skąd takie pytanie?
        — Kaori, odpowiedz, proszę.
        Tak.
        — Nie.
< >
Itachi Uchiha. Gdybym zastanowiła się dogłębniej nad moim uczuciem do niego, doszłabym do wniosku, że go nie kocham. Że to moje kolejne zauroczenie. Gdybym była trzeźwa, z pewnością doszłabym do takiego wniosku. Ale ponieważ nie byłam trzeźwa, leżałam na kanapie z kieliszkiem w ręce i użalałam się nad sobą. Właśnie to w życiu wychodziło mi najlepiej – użalanie się, bycie żałosną, robienie z siebie ofiary. Uśmiechnęłam się gorzko.
Do północy zostały jeszcze dwie godziny. Tak wskazywał zegar na ścianie w domu Kiby. Ino zaplanowała, że tej nocy wbijemy na cztery domówki do jej znajomych. Byliśmy już u Naruto i Gaary, lecz obie były beznadziejne. Zdaniem Ino – zbyt spokojne i trzeźwe. Imprezowanie miałyśmy zakończyć u Sasuke, w rezydencji Uchihów.
— Ja nie idę — powiedziałam dziewczynom, gdy wychodziłyśmy wieczorem na miasto. — Zostanę u Kiby i tam poczekam do północy.
— Zapomnij — zaprotestowała Yamanaka. — Idziesz z nami i kropka. Pokażesz temu imbecylowi...
— Teraz już wiem, skąd Sakura znała tak prymitywne słowo.
— Nie złość się na nią. Chciała dobrze — dodała pojednawczym tonem.
— Ino, halo, jestem obok i wszystko słyszę — powiedziała Haruno, a my wybuchłyśmy śmiechem.
Dlaczego miałabym nie kochać Uchihy? Był uosobieniem ideału z dziewczęcych snów. Przystojny, wysportowany, inteligentny, zabawny. Wyglądał na zagubionego chłopca, ale doskonale wiedział, czego chciał. Nie lubił przegrywać. Był trochę zarozumiały. Szkolny geniusz. Przystojny trzecioklasista. Cholernie idealny.
Właśnie dlatego. Itachi, którego znali wszyscy, był jednowymiarowy. Nijaki. Płytki. Przewidywalny do bólu.
— Kao!
Rzuciłam okiem na parkiet i odnalazłam Ino. Odłożyłam kieliszek ze słodkim białym płynem na stolik. Gdy wstałam, zakręciło mi się w głowie. Może dlatego, że nigdy nie piłam. Dołączyłam do masy spoconych i rozpalonych muzyką ciał. Było super.
Tańczyłam z zupełnie obcymi chłopakami i wcale nie czułam się, jakbym zdradzała Uchihę. Chyba pogodziłam się już z jego stratą. Jeśli można stracić kogoś, kto nigdy nie był twój. Wypity alkohol dodawał mi odwagi i śmiałości. Trafiłam w ramiona Kiby, szatyna o ciemnych, drapieżnych oczach, który pewnie prowadził mnie po prowizorycznym parkiecie. Tańczył obłędnie dobrze. Jego ramiona były moją opoką. Przez mały ułamek wieczności poczułam się jak gwiazda.
Spadłam z nieba na ziemię, gdy Ino zakomunikowała, że idziemy na domówkę do Uchihów. Protestowałam, lecz jej argumenty wygrały. Pożegnałam się z Kibą. Szepnął mi do ucha kilka słodkich słówek. Było zbyt ciemno, by mógł dostrzec moje rumieńce. Zdecydowanie zbyt łatwo się zawstydzałam.
Na zewnątrz wiało i padało. Pogoda była okropna. Nie wyobrażałam sobie przeprawy w szpilkach na drugi koniec miasta. Na chodnikach i drogach leżała warstwa brudnej brei – śnieg z deszczem.
— Sasuke już czeka — powiedziała Sakura, ciągnąc nas w kierunku furtki. Przy krawędzi chodnika stał samochód. Szybko wpakowałyśmy się do środka.
Sasuke nie był zbyt rozmowny. W skupieniu prowadził auto, czasami przytakiwał lub mruczał coś pod nosem. Wesoła paplanina Ino i Sakury wypełniała przestrzeń. Za oknem świat wyglądał zimno i obco. Mimo to, grupki ludzi ochoczo przemierzały miasto. Na rynku Konohy, jak co roku, odbywała się wielka zabawa.  Przyglądałam się temu wszystkiemu ze znużeniem. Powoli ogarniała mnie senność. Nigdy nie byłam typem imprezowiczki, nigdy nie buntowałam się przeciw swoim przyzwyczajeniom. Przeciw swoim słabościom. Niesamowite co te dwie dziewczyny zrobiły z moim poukładanym życiem.
Gdy dotarliśmy na miejsce, Sasuke zaprosił nas do środka. Rozpalone powietrze, głośna muzyka, wesołe śmiechy i zapach papierosów. Nowe doznania uderzyły we mnie, gdy najmniej się tego spodziewałam. Bracia Uchiha nie byli tak święci, jak myślałam.
— Uśmiechnij się, Kao — krzyknęła Ino, zdejmując płaszcz. — To będzie najlepsza impreza w twoim życiu.
— Nie wątpię — mruknęłam. Powiodłam spojrzeniem za dziewczynami, które ruszyły w stronę salonu.
— Nie wiem, co zrobiłaś mojemu bratu... — Sasuke zbliżył się do mnie, próbując przekrzyczeć muzykę. — Ale gratuluję. Jeszcze nigdy nie widziałem go w takim stanie. — Posłał mi cyniczny uśmieszek i zniknął.
Nadszedł czas, by przeanalizować moją beznadziejną sytuację, pomyślałam. Okłamałam rodziców. Zaliczyłam trzy imprezy. Wypiłam jedno piwo i dwa kieliszki czegoś słodkiego. Znalazłam się na domówce w domu Uchihów. Brakowało jeszcze bliskiego spotkania z Itachim.
Plan na najbliższe niecałe dwie godziny był prosty – nie wpaść na niego.
Niepewnie dołączyłam do zabawy. Ino natychmiast to zauważyła i pomogła mi się zaaklimatyzować. Była w swoim żywiole. Wśród tańczących zauważyłam kilka znajomych twarzy. Spostrzegłam nawet osoby z mojej klasy. Szybko odnalazłam się w nowym towarzystwie. Nim się zorientowałam, wskazówki zegara przybliżyły się do północy. Zostało już tylko dwadzieścia minut.
Postanowiłam się napić, a ponieważ na stolikach nie zauważyłam niczego niealkoholowego, sięgnęłam po jeden z kieliszków.
— To do ciebie nie pasuje, Kaori.
Najpierw poczułam mrowienie i skurcz brzucha, potem zauważyłam Itachiego. Mój plan się nie powiódł. Spojrzałam na niego niepewnie. Nie miałam ochoty na konfrontację, tym bardziej, że nie wiedziałam, co siedzi w jego głowie. Wypity alkohol plątał moje myśli. Pierwszy raz w życiu nie byłam w stanie odczytać emocji zapisanych w jego oczach.
— Musimy porozmawiać — powiedział głośno.
— Nie chcę.
— Więc zamierzasz mnie unikać do końca życia?
Nim zdążyłam zaprzeczyć, złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w stronę schodów na drugie piętro. Zrezygnowałam z prób wyrwania się. Był dużo silniejszy. Poza tym znałam go i wiedziałam, że mnie nie skrzywdzi. Tej nocy tylko słowa mogły zabijać. Zatrzymaliśmy się na końcu korytarza przed drzwiami do jakiegoś pokoju. Ręka Itachiego zacisnęła się na klamce.
— Musimy porozmawiać — powtórzył.
— Um.
Itachi otworzył drzwi. Weszłam do środka i próbowałam odszukać włącznik światła. Ciche pstryk rozproszyło ciemność. Naszym oczom ukazała się para obściskujących się imprezowiczów.
— Wynocha stąd — warknął Uchiha.
Nieproszeni goście szybko opuścili pokój, mrucząc z niezadowolenia.
Rozejrzałam się. Pod ścianą stało łóżko i szafa. Na środku znajdował się mały stolik kawowy z dwoma krzesłami. Chce rozmawiać na neutralnym gruncie, pomyślałam. To pewnie jakiś pokój gościnny. Całkiem przewidywalne posunięcie.
— Więc…?
Itachi niespokojnie krążył po pomieszczeniu, jakby wciąż zbierał myśli.
— Przepraszam cię, Kaori — powiedział. — Zachowywałem się jak skończony kretyn. Mówiłem „jesteśmy przyjaciółmi”, kiedy tak naprawdę chciałem czegoś więcej.
— Nic się nie stało — rzuciłam szybko.
— Nie kłam, Kao.
Przygryzłam wargę, czując na sobie jego baczne spojrzenie. Czekał na mój ruch. Niepewnie spojrzałam w jego oczy i wtedy zrozumiałam, co miał na myśli Sasuke. Jeszcze nigdy nie widziałem go w takim stanie.
Był wściekły. Jego spojrzenie iskrzyło się piorunami, a ja pozwoliłam by mnie pochłonęło.
Nasze drogi skrzyżowały się na początku roku szkolnego. To było podczas pierwszego spotkania koła bibliotecznego. Wcześniej widziałam go tylko na korytarzach, gdy otoczony wianuszkiem fanek, próbował kulturalnie je spławić. Zauważyłam, że nie był szczególnie zadowolony ze swojej popularności. Kółko biblioteczne, do którego należało kilka niegroźnych osób, traktował jako sposób ucieczki od samego siebie. A właściwie – legendy, jaką stał się podczas nauki w liceum.
— W tym roku dołączył do nas tylko jeden pierwszak — ubolewała pani Shizune, bibliotekarka. — Fukao Kaori z klasy I-C. — Skłoniłam się lekko. — Itachi, opowiedz Kaori, co robimy w ramach kółka. Dla pozostałych mam już nowe zadanie.
To nie tak, że od razu pałaliśmy do siebie sympatią. Początek roku w nowej szkole był trudny. Nie miałam jeszcze przyjaciółek, a moja klasa przypominała zbiorowisko przypadkowych osób, z którymi nijak nie umiałam się dogadać. Dlatego też byłam w ciągłej gotowości do ataku.
— Itachi, miło poznać. — Wyciągnął w moją stronę rękę. — Wyluzuj. Nie gryzę.
— Kaori. — Odwzajemniłam gest.
Ponieważ szkoła nie chciała zatrudniać drugiego bibliotekarza, powstało kółko. Dwa razy w tygodniu uczniowie pomagali pani Shizune. Najczęściej układaliśmy książki, które niektórzy z nudów przekładali na inne miejsca. Angażowaliśmy się też w różne biblioteczne imprezy.
— To niesamowite, że ta drobna i cicha osoba, odpowiadała za ten cały księgozbiór — wymsknęło mi się pewnego razu, gdy razem z Uchihą segregowałam karty uczniów. Każdy miał już parę, z którą pracował. Poza Itachim. Dlatego też trafiłam pod jego skrzydła.
— Masz rację. Pani Shizune jest niesamowita.
I tak od słowa do słowa, od błahostki do błahostki, złapaliśmy ze sobą dobry kontakt. Poznawaliśmy się powoli. Nie naciskaliśmy i może dlatego nie mieliśmy oporów, by zwierzać się sobie. Znajomość – nie przyjaźń – bez zobowiązań. Tak bym to nazwała.
Lubiłam z nim spędzać czas. Co ciekawe, towarzyszyło temu zupełnie nowe nieznane uczucie dezorientacji. Nie umiałam ocenić, czy to było kolejne zauroczenie, wielka miłość, czy zwykła przyjaźń.
Zamrugałam kilka razy, by wyrwać się z letargu. Głęboki oddech, głęboki oddech, głęboki oddech.
— Lubię cię. Podobasz mi się — powiedziałam w końcu. Podeszłam bliżej niego i uniosłam głowę, by móc spojrzeć mu w oczy. — Nie wiem, dlaczego się odsłoniłeś, dlaczego pokazałeś mi swoje drugie oblicze…  Ale wiem, że jeśli będę cię kochać, to całego. — dodałam ciszej. — Zrób z tymi uczuciami, co chcesz. Już dawno pogodziłam się z faktem, że miłość nie jest dla takiej jak ja.
— Co ty chrzanisz? — warknął, marszcząc brwi. — Kaori, którą znam, nie poddaje się tak łatwo.
— Właśnie! Kaori, którą znasz! Ale jest jeszcze Kaori, której nie znasz. — Oddech miałam urwany. Emocje rozsadzały mnie od środka. — Ta druga ja, która jest zaprogramowana na samo-destrukcję. Ona chce, żebym poddała się ciemności, a ja… czasami nie mam sił z nią walczyć. Jestem słaba i żałosna. — Zacisnęłam usta w kreskę. W mojej głowie krążyła tylko jedna myśl: powiedziałam to, powiedziałam to, powiedziałam to. Usiadłam na łóżku. Schowałam głowę w rękach, które oparłam na kolanach.
Próbowałam się uspokoić. Podnieść, omieść wzrokiem pole walki i odnaleźć moją kamizelkę kuloodporną. Nie zamierzałam wygrać tej bitwy. Chciałam ją tylko przeżyć.  
Itachi zbliżył się i ujął moje dłonie w swoje. Musiałam podnieść głowę. Teraz doskonale widział łzy, które z trudem hamowałam. Ponownie, pod ciężarem jego spojrzenia, poczułam się naga i bezbronna. Było mi wstyd, że widział mnie w takim stanie. Niechcący obnażyłam przed nim kolejną cząstkę siebie – emocjonalność.
— Kaori, kocham cię całą. Złą czy dobrą, po prostu kocham.
Zegar na rynku wybił północ. Za oknem rozbłysły fajerwerki. Ciemnoszare pochmurne niebo zabarwiło się w najróżniejszych kolorach. Huk sztucznych ogni zakłócił intymną atmosferę. Z parteru dobiegły wesołe krzyki imprezowiczów i stuk szkła z szampanem. Mimo to doskonale usłyszałam słowa Itachiego.
< >
Poranek był śnieżny i mroźny, ale pogodny. Przedwczoraj zaczęły się ferie zimowe. Mogłam w końcu odetchnąć z ulgą. Potrzebowałam odpoczynku od szkoły i panującej w niej atmosfery. W pośpiechu przemierzałam ulice miasteczka. Byłam spóźniona. Przed oczami migały mi sylwetki ludzi, zarysy budynków oraz aut. Nowy Rok sprawił mieszkańcom Konohy miłą niespodziankę. Ulice, chodniki i drzewa w ciągu jednej nocy pokrył puch. Śnieg sypał równie intensywnie prawie każdego dnia.
Zziajana, zatrzymałam się przed małą kafejką. Szyld Parasolka całkowicie zniknął pod białą pierzynką. Pchnęłam drzwi. W progu w moją twarz uderzył podmuch ciepła, zaraz potem poczułam słodki zapach kawy i cynamonu. Ogarnęłam kawiarnię wzrokiem. W Parasolce zgromadziła się chyba połowa miasteczka. Już dawno nie widziałam tu takich tłumów. Wymieniłam szybki uśmiech ze znajomym kelnerem. Sekundę później szatyn zanurkował pod ladę w poszukiwaniu czegoś. Przy barku tłoczyła się grupka dziewczyn. Odnalazłam wzrokiem pożądany obiekt. Siedział na końcu sali, pod oknem. Ruszyłam w jego stronę, próbując przecisnąć się pomiędzy stolikami.
— Spóźniłaś się — powiedział zaczepnie.
— Wybacz, Itachi, zatrzymały mnie korki — odcięłam się, wskazując głową moje kozaczki na obcasie.
Zrzuciłam kurtkę i usiadłam naprzeciwko. Moje serce zrobiło podwójne salto na widok jego promiennego uśmiechu. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że zostałam dziewczyną Itachiego Uchihy. To było czyste szaleństwo.
Zamknął moją dłoń w swojej. Postanowiliśmy spróbować wzajemnie się naprawić.
Spróbujmy być razem. Naprawdę razem.
        


< >
Tytuł naprawdę dużo sugeruje xDDD
Ogólnie to napisałam to rok temu, ale skończyłam jakoś w lutym i już tematycznie mi nie pasowało i nie wrzucałam tutaj. Ale teraz już mogę. xD Trochę też dodałam, więc mimo, że było sprawdzone wcześniej, to mogą pojawić się błędy. Wiecie, nie chciałam już truć głowy becie dwa razy tym samym.
"Ale błagam cię, nie rób z tego melodramatu" Słowa Ino (właściwie to moje, hue hue) jakoś tak zmusiły mnie do refleksji, że ostatnio pisze naprawdę dużo melodramatów. Co ciekawe, uwielbiam filmy/książki akcji, kryminały, fantasy, komedie i romansy, ale pisać potrafię tylko jakieś nieudane romansidła. :( Trzeba to zmienić! Nowy rok, nowa ja! XD
Co do wątków biograficznych... Ja to ja, oczywiście. Ino i Sakurę, możecie utożsamiać z Mayako i Yakiimo. Moje dwie szalone i kochane <3 Imiona kotów są prawdziwe, ich leżakowanie na łóżku również. Moje beznadziejne poczucie humoru też (patrz, ostatni dialog). Tylko Itachi jest bardzo zmyślony. xD Obawiam się tylko, że w rzeczywistości nie znajdzie się nikt taki jak on i zostanę panną z kotami.
Ale dobra, (od nowego roku) koniec marudzenia. :) Jeszcze tylko się pochwalę, że przez 3 lata istnienia bloga co roku publikowałam 3 one-shoty. Trzymajcie kciuki, żebym w 2018 też wyrobiła normę, bo cienko to widzę.
Szczęśliwego nowego roku, kochani! Trzymajcie się!
CREATED BY
MAYAKO
CREDIT: ART