niedziela, 3 września 2017

[8] Rytm serca

pocałunki splamione pożądaniem
serca rozpalone kochaniem
i nasze dusze miłością palone
i nasze ciała w tańcu złączone

Lokal był przepełniony głośną muzyką, spoconymi ciałami i dymem papierosowym. Kolorowe światła muskały przestrzeń. W powietrzu wirowały zwiewne sukienki, T-shirty oraz kraciaste koszule. Ktoś zamiatał głową podłogę. Ktoś uwodził. Chłopcy walczyli z dziewczynami o miejsce. Jakaś para nieodwracalnie przykleiła się do siebie. Rytmiczne oklaski i okrzyki radości zagłuszały muzykę. Jak co noc głodni tańca ludzie tłumnie przybyli do Parasolki.
Gromadziły się tu głównie dzieciaki z rozbitych rodzin, młodzi buntownicy, synowie i córki tatusiów alkoholików, niedoszli sportowcy, wieczni studenci… Bar był dla nich schronieniem, bezpieczną przystanią, a taniec pozwalał im wyzwalać emocje. Tutaj liczyło się tylko to, jak dobry jesteś na parkiecie.
— Whisky z lodem, poproszę.
Oderwałam wzrok od tańczących. Przy barze czekali sfrustrowani klienci.
— Dwa piwa, laluniu!
— Cztery margarity!
— Piwo…
Praca za barem jest nudna i monotonna. Przyjmujesz zamówienie, realizujesz, czekasz na pieniądze, z uśmiechem odsyłasz klienta. Podchodzisz do kolejnego, kolejnego, kolejnego. W końcu wydaje ci się, że obsłużyłaś wszystkich spragnionych, jednak na ich miejscu już czekają nowi, równie zniecierpliwieni jak poprzedni.
— Sakura, przerwa. — Ino doskoczyła do mnie i szybko przejęła moją kolejkę.  
Natychmiast zniknęłam na zapleczu, przecisnęłam się przez korytarz pełen skrzynek z alkoholem i wyszłam na zewnątrz. Usiadłam na plastikowym krzesełku pod ścianą, by delektować się chwilą wytchnienia. Uderzyło we mnie rześkie nocne powietrze. Wiatr przyniósł na swoich skrzydłach słodki zapach kwiatów. Księżycowy rogalik wisiał na gwieździstym firmamencie. Samotny ptaszek śpiewał w akompaniamencie świerszczy.
Wyjęłam komórkę; dochodziła pierwsza i miałam pięć nieodebranych połączeń od mamy. Martwiła się o mnie, ponieważ Parasolka od lat cieszyła się złą sławą. Napisałam jej krótką wiadomość, że nic mi nie jest i wróciłam do pracy.
Około drugiej ostatni klienci ustawili się w króciutkiej kolejce. Obsłużyłam ich z uśmiechem i rozejrzałam się. Parkiet okupowali ostatni weterani. Inni rozciągnęli się na kanapach i przysypiali w obłokach dymu nikotynowego. Jakiś chłopak wyprowadzał swojego kumpla, który ledwo trzymał się na nogach. W Parasolce zrobiło się smętnie i ponuro, a godzinę później DJ oznajmił pozostałym niedobitkom koniec imprezy.
— Co to było? Nigdy nie widziałam tu takich tłumów. — Yamanaka klapnęła na kanapę razem z miotłą. Blond kosmyki wymykały się z jej wysokiego kucyka. Makijaż miała lekko rozmazany. — Ręce mi zaraz odpadną.
— Przyzwyczajajcie się. W wakacje tak to wygląda — powiedziała Tenten. Uśmiechnięta śmigała z mopem po parkiecie.
Zmęczona wygramoliłam się zza baru. Skończyłam już czyścić szkło, sprawdziłam, jakiego alkoholu brakuje i zaniosłam kasetki do biura szefa, który smacznie drzemał sobie w fotelu.
Every breath you take zespołu The Police smętnie płynęło w powietrzu. Naruto, przysypiał nad konsolą. Poczochrałam jego blond czuprynę i rzuciłam okiem na sprzęt. Odnalazłam listę piosenek w laptopie; wybrałam Hips don’t lie Shakiry. Mimo zmęczenia moje ciało było złaknione tańca. Przymknęłam powieki, a muzyka wypełniała mnie całą.
Kręcąc biodrami, wróciłam na parkiet. Kokieteryjnie przeczesałam ręką włosy. Złapałam drugi mop i dołączyłam do Tenten. Dziewczyna kołysała się lekko, jednocześnie myjąc podłogę. Pracowała tu od dwóch lat, dlatego doskonale synchronizowała ruchy.
— Halo? Przepraszam… — Nieznajomy głos przerwał nasze taneczne poczynania.
— O co chodzi? — zapytała dziewczyna.
Chłopak zatrzymał się niedaleko kanapy, na której zasnęła Ino. Długie włosy miał związane gumką na karku. Czarne węgliki jego oczu zdradzały zdenerwowanie. Na policzku zauważyłam kilka poważnych zadrapań i strużkę zaschniętej krwi. Był ubrany w ciemne dżinsy i czarny dres, dlatego jego sylwetka rozmywała się w półmroku panującym w Parasolce.
Przybliżył się do nas, a wtedy zauważyłam kłębek sierści zwinięty na jego rękach. Kociak miał rude prążkowane futerko. Wlepił we mnie swoje złociste ślepia i miauknął cicho. Nie był duży, mógł mieć kilka miesięcy.
— Nie bardzo wiem, co z nim zrobić — powiedział nieznajomy, a kiedy nikt się nie odezwał, kontynuował. — Natknąłem się na niego przy wejściu. Ktoś go przywiązał i porzucił. Był cholernie przestraszony. Skurczybyk ledwo dał się dotknąć. — Skrzywił się, wypowiadając te słowa. — Najpierw chciałem go zabrać do domu, ale w połowie drogi pomyślałem, że to przecież nie mój problem. I wróciłem.
Niewiele myśląc porwałam kociaka w swoje ramiona. Był lekko zaskoczony, ale z zaciekawieniem czekał na rozwój sytuacji. Pogłaskałam go, podrapałam pod bródką i po grzbiecie, a napięcie powoli opuściło jego ciało. Na szyi zauważyłam obtarcia, najprawdopodobniej po sznurku lub obroży. Zacisnęłam zęby. Zastanawiałam się, jakim człowiekiem trzeba być, by zrobić coś takiego niewinnemu zwierzęciu. Korzystając z okazji, że mruczek jest zrelaksowany, podniosłam go i zajrzałam pod ogonek.
— Nic dziwnego, że cię podrapał — powiedziałam po chwili. — To kocur. W dodatku rudy. — Ino i chłopak posłali mi pytające spojrzenia, dlatego wyjaśniłam: — Takie koty bywają bardzo temperamentne, zwłaszcza młode. Może to dlatego ktoś go zostawił.
— Fajnie — mruknął. — No dobra, to ja już…
— Chwila! — Tenten przygryzła wargę. — To nie twój problem, rozumiem, ale także nie nasz. Powinieneś go zanieść do schroniska, oddać jakiejś babuni, cokolwiek. Co my teraz mamy z nim zrobić, Itachi?
W milczeniu przyglądałam się, jak dziewczyna zasypywała chłopaka gradem argumentów. Wyglądało na to, że choć się znali, nie pałali do siebie sympatią.
— …a w ostateczności powinieneś go zatrzymać!
— Miło było cię znów zobaczyć, Tenten — rzucił i ruszył do wyjścia, jednak tym razem nikt go nie zatrzymał.
— Cholerny, Uchiha — warknęła pod nosem. — Ciekawe po co wrócił? — dodała ciszej.
Chciałam zadać jej kilka pytań, ale powstrzymało mnie żałosne miauknięcie.
— Pewnie jesteś głodny — powiedziałam.
Na zapleczu Parasolki znalazłam śmietankę do kawy. Postawiłam mruczka na barze i nalałam mu trochę na talerzyk. Popatrzył na mnie niepewnie, ale chwilę później zamoczył różowy języczek. Pogłaskałam go i wróciłam na parkiet pomóc Tenten. W milczeniu skończyłyśmy myć podłogę. Obudziłam także Naruto, który nadal drzemał nad konsolą.
— Mógłbyś odprowadzić Ino do domu? — powiedziałam, wskazując śpiącą na kanapie dziewczynę.
Senność natychmiast opuściła Uzumakiego. Pożegnał się i wyraźnie zadowolony zabrał się za wypełnianie swojego zadania.
Podeszłam do baru, gdzie czekało na mnie piwo, zmęczona koleżanka oraz śpiący kociak. Uśmiech sam wkradł się na moje usta. Poczułam jak przyjemne ciepło rozlewa się po moim ciele. Oznajmiłam, że zabieram mruczka do siebie.
— Kto to był?  — zapytałam w końcu.
Tenten pociągnęła długi łyk z swojego kufla.
— Itachi Uchiha.
— Brat Sasuke…?
— Ta — rzuciła zdawkowo. — Pamiętasz te akty wandalizmu sprzed kilku lat? I sprawę z narkotykami?
— Średnio — odpowiedziałam, zanurzając usta w chmielnym trunku.
— Itachi należał do Akatsuki, choć tak naprawdę nigdy mu tego nie udowodniono. Jego ojciec jest szefem policji, więc wiesz… Później słuch o nim zaginął. Podobno rodzice wysłali go do Tokio na studia, żeby nie sprawiał więcej kłopotów. A teraz wygląda na to, że wrócił.
< >
Zgarnęłam koc piknikowy, butelkę wody, radio z płytą oraz zeszyt i wyszłam do ogrodu. Powietrze było ciężkie i wilgotne. Słońce prażyło od samego rana, a po nocnej burzy pozostało tylko wspomnienie. Rozłożyłam się w cieniu drzew – dwóch wiśni i śliwy. Aki, który mył się na tarasie, natychmiast pojawił się obok mnie. Wyraźnie zadowolony umościł się w najbardziej zacienionym miejscu i zasnął, cicho pomrukując. Był w świetnej kondycji. Po wizycie u weterynarza, gdzie został odrobaczony i wykastrowany, wyraźnie odżył. Został także zaczipowany, ponieważ jego były właściciel nawet o tym nie pomyślał. Uśmiechnęłam się, głaszcząc jego miękkie futerko. Chciałam dać mu dom, na jaki zasłużył.
Byłam cholernie zmęczona po kolejnej nocnej zmianie w Parasolce, ale do konkursu został już tylko tydzień. Rozciągnęłam się szybko i zaczęłam ćwiczyć swój układ. W przestrzeni płynęła piosenka Let her go Passenger. Choreografie rozpoczynałam od powstania. Byłam kwiatem, który budził się do życia, rozkwitał – przeciągnęłam się i z zaciekawieniem oglądam świat. Kwiatem, który żył – wyskoczyłam w prawo, wyrzucając lewą nogę w górę. Kwiatem, który pragnął ciepła – przymykając powieki, wystawiłam twarz do słońca.  Pragnął miłości – wykonałam dwa wolne obroty, oplatając ramiona wokół ciała. Kwiatem…
Dwie godziny później, sapiąc jak lokomotywa, usiadłam obok kota. Pociągnęłam z butelki kilka dużych łyków wody. Pot spływał po mojej twarzy, a koszulka przykleiła do ciała. Wyłączyłam muzykę i zaczęłam przeglądać zeszyt z notatkami. Wiedziałam, że w moim układzie czegoś brakuje. Nie mogłam się jednak skupić na figurach, ponieważ moje myśli znów popłynęły w jego stronę.
Itachi Uchiha.
Był cholernie przystojny. Tajemniczy. Męski. Niebezpieczny. Kobiety lgnęły do niego, a mężczyźni rzucali ostrzegawcze spojrzenia. Odkąd wrócił, regularnie pojawiał się w Parasolce i podnosił ciśnienie szefowi. Ojciec Naruto nie chciał, aby w jego lokalu wszczynano bójki lub sprzedawano prochy. Uchiha przysięgał, że z tym skończył, jednak nikt nie wierzył w jego przemianę. Czasami obserwowałam go, gdy za barem robiło się luźniej. Intrygował mnie. Próbowałam go rozgryźć, ale on wciąż pozostawał zagadką.
Aki trącił mnie noskiem w rękę. Bujając w obłokach, nie usłyszałam, że ktoś dobijał się do drzwi. Zerwałam się szybko z miejsca.
— Już idę — krzyknęłam, przebiegając przez salon. Zdyszana dopadłam drzwi, przekręciłam klucz i nacisnęłam klamkę.
W progu stał on.
— Hej — powiedział, uśmiechając się przyjaźnie.
— Cześć?
— Tenten wspominała, że przygarnęłaś tego kociaka. Trochę mi się nudziło w domu. Wyciągnąłem twój adres od brata i no, może mógłbym go zobaczyć? — wytłumaczył powód swojej wizyty.
— Przecież to nie twój problem — powiedziałam, krzyżując ramiona na piersi.
— Heh, masz mnie. — Zaśmiał się nerwowo.
Zamurowało mnie. Nie ukrywałam swojego zaskoczenia i niepewności. Przygryzłam wargę, zastanawiając się, co zrobić. W głowie huczało mi od plotek na jego temat. Choć dziewczyny uważały go za bardzo apetyczny kąsek, zgodnie twierdziły też, że nie jest odpowiednim materiałem na chłopaka. Pokręciłam głową, by pozbyć się tych myśli. Nie chciałam być niewolnicą krzywdzących uprzedzeń i oskarżeń innych.
— Wejdź. — Odsunęłam się. Gestem ręki zaprosiłam go do środka.
— Dzięki.
Przeszliśmy holem do salonu, w którym walały się opakowania po pizzy, pudełka po lodach oraz napojach. Skarciłam się w myślach za to, że rano nie posprzątałam tego bałaganu. Gdy znaleźliśmy się na zewnątrz, wskazałam koc rozłożony w cieniu drzew. Popatrzył na mnie niepewnie i ruszył w jego kierunku. Zachowując odpowiedni dystans, obserwowałam jak wita się kotkiem.
— Dziękuję, że… — Lekko zakłopotany spojrzał mi w oczy. — Że się mnie nie przestraszyłaś. Ludzie tutaj raczej za mną nie przepadają.
Skinęłam głową i wróciłam do pracy nad układem. Chciałam, by Itachi mógł spokojnie pobawić się z Akim, który był bardzo zadowolony z odwiedzin. Dwa piruety, przykucnięcie, wyskok, łuk… Przekreśliłam wszystko i zrezygnowana przymknęłam powieki.
Lubiłam taniec. Pomagał mi się zrelaksować, zresetować, wykrzyczeć. Wsłuchiwałam się w rytm własnego serca i podążałam za nim. Muzyka wypełniała każdą moją najmniejszą komórkę, a ja się temu poddawałam. To było naprawdę cudowne uczucie. Choć tańczyłam amatorsko, sprawiało mi to ogromną radość.
Zamknęłam notatnik i położyłam go przed sobą. Od krótkiej chwili czułam na sobie zaciekawione spojrzenie Uchihy.
— Miejski Ośrodek Kultury organizuje… Cóż, trudno to nazwać konkursem. To takie zawody, na których pojawiają się czterdziestoletni małżonkowie, którzy w młodości chodzili na lekcje tanga czy walca. Właściwie żadna konkurencja, a nagrody są bardzo interesujące. Dziesięć tysięcy za pierwsze miejsce, siedem za drugie, pięć za trzecie — mówiłam. — Postanowiłam spróbować, bo potrzebuje kasy na studia — dodałam. — I może…
— Chcesz, żebym był twoim partnerem? — zapytał wprost. Był śmiertelnie poważny.
— Tak — odpowiedziałam. Byłam szalona.  — Pytałam naprawdę każdego znajomego, ale wszyscy odmawiali albo mieli dwie lewe nogi.
— Kasą dzielimy się po połowie?
— Tak.
— No i fajnie.
< >
— Co jest?
Itachi stał naprzeciwko mnie i z trudem łapał oddech. Na jego twarzy szkliły się kropelki potu, a na koszulce pojawiły się ciemniejsze plamy. Powietrze drgało od gorąca, mimo że była dopiero dziesiąta rano.
— Zróbmy przerwę — powiedział.
Rzuciłam mu butelkę z wodą i usiadłam w cieniu drzew. Próbowałam poukładać myśli w spójną całość. Od dwóch dni ćwiczyliśmy nowy układ. Uchiha miał dobre wyczucie rytmu, szybko zapamiętał kolejność figur, nie narzekał i przykładał się do treningów. Problem tkwił we mnie. Nasłuchawszy się ostrzeżeń koleżanek, nie potrafiłam mu zaufać. A w tym tańcu zaufanie było niezbędne.
Zaufanie, pasja albo miłość.
Zacisnęłam pięści, odchylając głowę. Bardzo chciałam zatańczyć ten układ, jednak zaczynałam tracić nadzieję.
— Oglądałeś kiedyś Dirty Dancing? — zagadnęłam.
— Nie.
— Tak myślałam — mruknęłam. Podniosłam się i otrzepałam tyłek z trawy. — Chodź, musisz to nadrobić — powiedziałam, kierując się w stronę domu.
W środku było przyjemnie chłodno. Dreszcz przebiegł po moim ciele, gdy bose stopy dotknęły zimnej podłogi. Pobiegłam do swojego pokoju po laptop. Żałowałam, że nie zrobiłam tego wcześniej. Itachi zgodził się na zaprezentowany układ, ale nie wiedział, dlaczego się na niego zdecydowałam. Chciałam mu pokazać to, co urzekło mnie w Dirty Dancing.
Z pudełkiem lodów i laptopem usadowiliśmy się na kanapie w salonie. Położyłam komputer na kolanach Uchihy.  
— To mój najulubieńszy film o tańcu — powiedziałam, włączając odtwarzacz. — Nie wiem, czy cię zachwyci, bo jest trochę, bardzo babski, ale to nie ważne. Po prostu przyglądaj się kiedy uczą się tańczyć i tańczą.
Itachi w skupieniu oglądał początek, a ja, zajadając się słodkościami, zaczęłam mu się przyglądać. Nie mogłam zaprzeczyć, że był przystojny. Miał mocno zarysowaną szczękę, zgrabny nos i długie rzęsy. Pod ich zasłoną kryło się przenikliwe spojrzenie czarnych tęczówek. Jego przeszłość tylko dodawała mu uroku i tajemniczości.
Czując niespokojne kołatanie serca, odwróciłam wzrok. Cholera.
Skończyłam zajadać się lodami i dołączyłam do oglądania. Na początku byłam trochę skrepowana, jednak nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu czy komentarzy. Uczucie Frances i Johnnego rozkwitało z każdym kolejnym tańcem, spojrzeniem, pocałunkiem. Najwięcej emocji, jak zawsze, wzbudził we mnie finałowy występ. Poprzedzające go wyznanie Johnnego wywoływało u mnie gęsią skórkę i dziwny żal. Żal za mężczyznami, którzy nie wstydzą się mówić szczerze o swoich uczuciach.  
— Iii?
— Całkiem fajne. Niekoniecznie w moim guście, ale fajne — skomentował.
Nadąsałam policzki jak małe dziecko. Czasami bywał irytujący.
— Sakura, mam pewne wątpliwości — powiedział poważnie Itachi, spoglądając na mnie. Kilka kosmyków przykleiło się do jego policzka.
— O co chodzi? — zapytałam. Zamknęłam komputer i odłożyłam go na bok.
— Wspominałaś, że każdy może zatańczyć, co chce i przedstawianie gotowych układów jest zgodne z regulaminem. Ale mówiłaś też o starych małżeństwach, które kiedyś uczyły się walca, tanga — mówił — dlatego obawiam się, że nie wyróżnimy się z naszym mambo.
Otwarłam buzie ze zdziwienia. Jemu naprawdę zależało na tym konkursie.
— To co proponujesz?
— Wymiksowanie stylów. Zaczęlibyśmy tak jak teraz, a potem zatańczyli coś innego. — Spojrzał na mnie niepewnie. — Myślałem o street dance.
Skinęłam głową. Byłam odrobinę onieśmielona jego nagłą zmianą, jednak musiałam przyznać mu rację. Doskonale wiedziałam, że brakuje nam pasji i miłości głównych bohaterów Dirty Dancing. Aby wygrać, potrzebowaliśmy czegoś, co uzupełni tę lukę.
— Możemy spróbować — powiedziałam w końcu.
— Dobra, ale jutro, bo musze już… — Zamilkł, widząc moją nietęgą minę. — Umówiłem się z mamą, że jej pomogę — wyjaśnił. — Będę wolny wieczorem, więc może dasz się gdzieś zaprosić?
— Huh?
< >
Stojąc przed dużym lustrem, przyglądałam się swojej kreacji – kremowej sukience na ramiączkach. Sięgała mi za kolana i była lekko rozkloszowana. Delikatny materiał falował przy każdym moim ruchu. Okręciłam się wokół własnej osi. Sukienka idealnie podkreślała moją smukłą talie i niezbyt duże piersi.
— A może jednak ubiorę czarną? — mruknęłam, spoglądając na łóżko, na którym piętrzyły się wyrzucone z szafy ubrania. — Nie, Sakura. — Potrząsnęłam głową. — Zachowujesz się jak jakaś nastolatka. Idziesz w tej kiecce. — Pobiegłam do łazienki, by się  uczesać i zrobić makijaż. Nie mogłam się powstrzymać przed pomalowaniem ust malinową szminką.
Wróciłam do pokoju, gdy wybiła dwudziesta. Założyłam sandałki na obcasie, chwyciłam torebkę i zbiegłam na dół.
— Mamo, wychodzę!
— Poczekaj, Sakura. — Rodzicielka pojawiła się w holu. Ręce miała ubrudzone mąką, jasne kosmyki wymknęły się z jej koczka, a na twarzy malowała się troska. — Do tej pory milczałam, ale naprawdę nie podoba mi się to, że zadajesz się z Uchihą.
— Mamooo — jęknęłam.
— To chuligan. On cię może skrzywdzić, dziecko…
— Nic takiego się nie stanie — zaprotestowałam, przerywając jej. Podeszłam bliżej kobiety z uspokajającym uśmiechem na ustach. — Wiem, co robię. Zaufaj mi, proszę. — Widząc jej zaniepokojona minę, dodałam: — Za kilka tygodni wracam na studia i znów będę daleko od domu. Ufałaś mi do tej pory, prawda? Przecież wiesz, że nie wpakuję się w żadne kłopoty.
— Dobrze, tylko uważaj na siebie, proszę.
Pokiwałam głową i ucałowałam ją w policzek.
Na zewnątrz było już przyjemnie chłodno. Słońce kończyło swoją wędrówkę po nieboskłonie. Ostatnie ostre promyczki osiadły na drzewach i dachach domków jednorodzinnych. Po okolicy niósł się zapach grillowanej kiełbaski, śmiechy dorosłych oraz wesołe piski dzieci. Chodnikiem, po przeciwnej stronie ulicy, szła para nastolatków. Nieśmiało trzymali się za ręce.  
Sielankę przerwał warkot silnika. Czarne auto zaparkowało przed domem, a z środka wyskoczył Itachi Uchiha. Miał na sobie bojówki w kolorze khaki i białą koszulkę. Poczułam, jak moje serce szybciej uderza o żebra.
— Hej.
— Hej — rzuciłam, podchodząc bliżej.
— Zapraszam — powiedział z filuternym uśmiechem i otworzył mi drzwi.  
Rozczulona tym gestem, wsiadłam do środka i zapięłam pasy.
Przestrzeń pomiędzy nami wypełniała przyjemna cisza. Itachi usiadł za kierownicą i skupił się na prowadzeniu auta, a ja podziwiałam zmieniający się za oknem krajobraz. Wyjechaliśmy z mojego osiedla i znaleźliśmy się w centrum. Mieszkańcy Konohy, wykończeni upałem, wylali się tłumnie na ulice. Beztrosko spacerowali, zajadali się lodami i śmiali. Na światłach Uchiha skręcił w prawo, kierując się na zachód. Nie znałam tej części miasta. Wiedziałam tylko, że jadąc w tym kierunku można dostać się do pobliskiej miejscowości, Amegakure.
— Nie rób takiej miny, Sakura — powiedział, odrywając na chwile spojrzenie od drogi.  — Nie zamierzam cię porwać, zgwałcić, ani zakopać twojego trupa w lesie.
— Wcale tak nie pomyślałam — zaprzeczyłam, śmiejąc się. Musiałam przyznać, ze zaskoczył mnie swoim dystansem do nieciekawej przeszłości.
Nieliczne domy zniknęły i zastąpiło je bezkresne pustkowie. Okolica nie wyglądała przyjaźnie. Po obu stronach drogi ciągnęły się pola rzepaku i ryżu. Rośliny były zmarniałe i wyniszczone. Przytłoczyła mnie panująca dookoła pustka, dlatego odetchnęłam z ulgą, widząc majaczący na horyzoncie kontur budynku. Chwilę później mogłam go podziwiać w całej okazałości. Był to nowy betonowy obiekt oświetlony lampkami. Nad wejściem dumnie prezentował się czerwony neonowy napis BRZASK.
Nie zauważyłam kiedy Uchiha wyskoczył z auta, by otworzyć mi drzwi.
— Brzask? — zapytałam, wysiadając. — Co to za miejsce?
Itachi odpowiedział milczeniem. Złapał mnie za rękę i pociągnął do środka. Moje wnętrze zalała fala dziwnego ciepła. Choć wiedziałam, że powinnam jakoś zareagować, poddałam się. Jego dotyk był bardzo przyjemny.
Szklane drzwi rozsunęły się automatycznie, ukazując hol oświetlany nielicznymi lampkami na ścianach. Bałam się ciemności, jednak, czując silną dłoń chłopaka, zapomniałam o strachu. Przy wejściu na salę stała para ochroniarzy, którzy nieznacznie skinęli głową brunetowi. Zaskoczył mnie ten gest, podobnie jak to, co zobaczyłam chwilę później. Rozchyliłam lekko usta ze zdziwienia. Lokal był trzy razy większy od Parasolki, bar mógł poszczycić się szerokim wachlarzem alkoholi, a DJ pracował na sprzęcie wysokiej jakości. Parkiet, okupowany przez nieliczne pary, lśnił czystością.
Usiedliśmy przy barze i zamówiliśmy drinki, które otrzymaliśmy niemal natychmiast. Zaczęliśmy rozmawiać o studiach. Itachi skończył właśnie bezpieczeństwo narodowe, ja niedługo miałam rozpocząć drugi rok medycyny. Jakiś czas później pojawiło się dwóch mężczyzn. Jeden z nich – postawny brunet z odrobinę krzywym uśmiechem – przedstawił się jako Kisame Hoshigaki, właściciel lokalu. Drugi był średniego wzrostu, miał niebieskie oczy i blond włosy zaczesane w wysokiego kucyka.
— Deidara — powiedział, wyciągając rękę.
— Sakura. — Odwzajemniłam gest.
— No, no Łasica! W końcu wyrwałeś jaką panienkę — zaśmiał się Kisame, klepiąc Uchihę po plecach. — Nasza blondynka będzie zazdrosna.
— Ty! Uważaj co mówisz, rybiasty!
— Nie zwracaj na nich uwagi. To idioci —  powiedział z zażenowaniem Itachi. — Nie wiem, jak mogłem się z nimi zadawać.
Akatsuki.
Uśmiechnęłam się niepewnie, rozglądając po lokalu. Byłam na ich terenie. Na jego terytorium. Zimna macka natychmiast oplotła mój brzuch. Ostrzeżenia koleżanek i mamy rozbrzmiewały echem w mojej głowie. Niepewność zadawała mi powolne katusze – ściskała żołądek, płuca, gardło. W przełyku rosła nieprzyjemna gula.
— Dlaczego mnie tu zabrałeś? — wychrypiałam.
Wesołe przekomarzanie i docinki ucichły. Kisame i Deidara patrzyli na mnie nierozumnym wzrokiem, jednak Itachi szybko się zreflektował.
— Hej, nie bój się — powiedział delikatnie, kładąc ręce na moich ramionach. — Nic ci tu nie grozi. Moja przeszłość to zamknięty rozdział, oni odsiedzieli swoje. Jesteśmy teraz… czyści? To chyba złe słowo. — Zamyślił się na chwilę. — Nie robimy nic niezgodnego z prawem, Sakura. Pokutowaliśmy wystarczająco długo.
Patrząc w jego przepełnione bólem oczy, wiedziałam, że mówi prawdę. Zawstydzona odwróciłam wzrok.
— Chyba lepiej będzie, jak już pójdziemy. Zabawcie się na mój koszt! — Właściciel klubu próbował załagodzić sytuację. — Widzimy się później, Łasica.
— Chcesz wracać? — zapytał, gdy zostaliśmy sami.
— Nie, nie. — Gwałtownie pokręciłam głową. — Przepraszam — dodałam ciszej.
— W porządku — mruknął, zanurzając usta w drinku. — Zabrałem cię tu, bo chciałem tylko, żebyś mi zaufała. Wiem, że to pewnie trudne, ale… Podczas tańca jesteś strasznie spięta — mówił. —  Powinnaś się rozluźnić i mi zaufać.  
Zaskoczona jego słowami wciągnęłam głośno powietrze. Otworzyłam szerzej oczy, wpatrując się w jego przystojną twarz. Na ustach Uchihy błąkał się tajemniczy uśmiech, a przenikliwe spojrzenie czarnych tęczówek zatrzymał na mojej osobie.
— Mogę prosić? — Zeskoczył z krzesła i stanął przede mną.
Niepewnie podałam mu rękę. Gdy nasze palce się spotkały, poczułam przyjemne mrowienie, a na moje policzki wkradł się zdradliwy rumieniec. Pozwoliłam się zaprowadzić na prawie pusty parkiet. Itachi objął mnie pewnie w tali, przyciągając do siebie, przez co uderzyłam nosem w jego tors. Zaśmiał się cicho.
— Rozluźnij się, znowu jesteś cholernie spięta — powiedział. — Pozwól się poprowadzić.
Z głośników popłynęło All for love Bryana Adamsa, Roda Stewarta i Stinga.
Wzięłam głęboki oddech, by się uspokoić. Postanowiłam go posłuchać. Zaufaj mi. Położyłam ręce na jego barkach i podniosłam głowę. Nasz spojrzenia się skrzyżowały. Zaufaj mi. Byłam pewna, że gdyby nie silne ramiona, utonęłabym w jego oczach. Zaufaj…
< >
Konkurs zorganizowany przez Miejski Ośrodek Kultury przyciągnął tłumy konoszan –dość liczną widownię, tancerzy oraz lokalną prasę. Sala główna podzielona została na dwie części. Większą z nich okupowali obserwatorzy siedzący na plastikowych krzesełkach. Mniejszą zaś zaaranżowano na parkiet, na którym mieli występować tańczący. Pomiędzy tymi dwoma światami stał stół, przy którym siedzieli jurorzy.
Punktualnie o osiemnastej posiwiały dyrektor MOK-u wyszedł na scenę i wygłosił swoją mowę. Przywitał zaproszonych gości, mieszkańców, tancerzy, przedstawił członków jury i życzył wszystkim dobrej zabawy. O osiemnastej piętnaście zatańczyła pierwsza para. O osiemnastej czterdzieści zakończył się czwarty występ. O dziewiętnastej dwadzieścia na scenę wkroczyli konoszańscy mistrzowie breakdance – Rock Lee i Neji Hyuuga.
— Nie stresuj się tak, Sakura. — Itachi położył rękę na moim ramieniu, delikatnie je ściskając. — Damy radę.
— Spójrz tylko na nich — powiedziałam. — Oni są tacy niesamowici, ruchliwi i skoczni.
— W tych zielonych uniformach wyglądają jak napalone koniki polne.
— Itachi! — pisnęłam zażenowana, odwracając się na pięcie.
— Och, przestań już! To twoje marudzenie i chodzenie w kółko strasznie mnie denerwuje. — Uchiha złapał mnie i przyciągnął do siebie. Przyległ torsem do moich pleców, obejmując mocno w pasie. — Stój tu spokojnie — powiedział cicho.
Stojąc w objęciach chłopaka, czułam rytmiczne uderzenia jego serca i spokojny oddech. Itachi, w przeciwieństwie do mnie, był opanowany i pewny siebie. Wierzył, że nam się uda. Przez kilka dni ćwiczyliśmy w pocie czoła. Poprawiliśmy układ, dostosowując go do naszych możliwości, dodaliśmy kilka elementów i stworzyliśmy coś niesamowitego.
Rozejrzałam się. Za kulisami zostaliśmy już tylko my, prezenter oraz pracownicy obsługi, którzy dbali o odpowiednie nagłośnienie podczas występów. Siedzieliśmy tu od początku konkursu, cierpliwie czekając na swoją kolej. Niestety, wylosowaliśmy ostatni numerek.
— Hej, wy! — szepnął pracownik obsługi technicznej. — Zaraz wchodzicie.
Przygryzłam wargę, czując jak strach ponownie mnie paraliżuje.  
— Spokojnie, jestem tu — powiedział Itachi, łapiąc mnie za rękę.
— Dlaczego? — zapytałam. — Dlaczego się nie boisz? Tam, na widowni, jest cała masa ludzi, którzy nadal uważają cię za chuligana.
— To nie ma dla mnie znaczenia, dopóki ty jesteś po mojej stronie — wyznał. — Tamtego dnia otworzyłaś mi drzwi i pomimo strachu, wpuściłaś do środka. Nawet poprosiłaś, bym został twoim partnerem, wziął z tobą udział w tym konkursie — mówił, przeszywając mnie spojrzeniem. — Poskromiłaś bestie. Teraz nie musisz się już niczego bać.
Otworzyłam buzię i niezdarnie poruszałam ustami. Chciałam coś powiedzieć, jednak w głowie miałam pustkę. Czułam, jak moje serce coraz szybciej i szybciej uderza o żebra. Bałam się, że zaraz ucieknie.
— Itachi…
— Teraz wy. — Młody chłopak pojawił się obok i nerwowo wymachiwał rękami. — No dalej, wchodźcie! — Syknął, popychając nas.
Z głośników popłynęły pierwsze dźwięki Time of my life Billa Medleya i Jennifer Warnes. Powietrze na scenie drgało od gorąca. Staliśmy naprzeciwko siebie, mierząc się spojrzeniami. Powoli położyłam lewą rękę na ramieniu Uchihy, a palce prawej dłoni splotłam z jego. Moje pierwsze kroki były odrobinę niezdarne i niepewne, lecz pozwoliłam mu się prowadzić. Biła od niego niesamowita pewność siebie.
Nagle wyrwałam się i odsunęłam od niego na kilka centymetrów, lecz szybko przyciągnął mnie do siebie. Stanął za mną, obejmując w pasie. Uniosłam rękę, by wpleść palce w jego włosy. Odwróciłam głowę, a nasze spojrzenia się skrzyżowały. Jak zczarowana wpatrywałam się w dwa czarne węgliki.
— Ufam ci — wyszeptałam. Złapałam jego dłoń i oderwałam się od chłopaka w półobrocie, by po chwili znów do niego powrócić. Mój krok w jego stronę, jego krok w tył, powrót, jego krok do mnie, mój krok w tył, powrót. Niepewne uczucia. Niespokojne oddechy. Silne ramiona. Kruchość porcelany. Niespokojny rytm serca.
Niespodziewanie wszystko zamilkło. Cisza zakradła się pomiędzy nasze rozpalone ciała. Atmosfera zrobiła się nieznośnie napięta. Powietrze było naelektryzowane zakłopotaniem, pasją, euforią.
I gotta feeling. That tonight's gonna be a good night. That tonight's gonna be a good night. That tonight's gonna be a good good night…
Muzyka w moim ciele. Jego uśmiech. Euforia. Gorący dotyk. Zaufanie. Rozszalałe serce. Eksplozja radości. Przyśpieszone tętno. Niepewne uczucia. Żywioł, który burzy krew w moich żyłach – taniec z nim.
— …I know that we'll have a ball. If we get doing. And go out. And just loose it all. I feel stressed out. I wanna let it go. Let's go way out spaced out. And loosing all control.
< >
Lokal był przepełniony głośną muzyką, spoconymi ciałami i dymem papierosowym. Kolorowe światła muskały przestrzeń. W powietrzu wirowały zwiewne sukienki, T-shirty oraz kraciaste koszule. Ktoś zamiatał głową podłogę. Ktoś uwodził. Chłopcy walczyli z dziewczynami o miejsce. Jakaś para nieodwracalnie przykleiła się do siebie. Rytmiczne oklaski i okrzyki radości zagłuszały muzykę. Jak co noc głodni tańca ludzie tłumnie przybyli do Parasolki.
Gromadziły się tu głównie dzieciaki z rozbitych rodzin, młodzi buntownicy, synowie i córki tatusiów alkoholików, niedoszli sportowcy, wieczni studenci… Bar był dla nich schronieniem, bezpieczną przystanią, a taniec pozwalał im wyzwalać emocje. Tutaj liczyło się tylko to, jak dobry jesteś na parkiecie.
— Ty dziś nie pracujesz! — Ino stanęła na mojej drodze z kuflem piwa, który szybko podała klientowi. — Idziesz na parkiet świętować.
— Daj spokój — zaprotestowałam.
— Uciekaj mi stąd, no już! — Tenten natychmiast włączyła się do rozmowy. — Chodź — powiedziała. Złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę kanapy, na której siedzieli nasi znajomi. — Sakura ma się dzisiaj dobrze zabawić. Nie chce jej widzieć za barem. Zrozumiano?
Potulnie usiadłam i wplątałam się w wir rozmów. Sasuke rzucał kąśliwe uwagi pod adresem starszego brata, który uparcie go ignorował. Kiba narzekał na wszystkich okolicznych weterynarzy, wyzywając ich od szamanów i oszustów. Shino w milczeniu wychylał kieliszek za kieliszkiem. Tej nocy czas upływał pośród tańca, alkoholu i roześmianych twarzy znajomych.  Rozmawiałam właśnie z Hinatą, gdy przez Parasolkę przebiegł szmer ekscytacji:
— Królowie przybyli! To oni!
Zielony konik polny wyskoczył z tłumu na bar, energicznie machając rękami i susząc zęby. Przy ladzie stał lekko przygaszony Hyuuga. Przywitał się z dziewczyną, odbierając od niej jedną z tac. Para podeszła do nas z uśmiechami na ustach i podała zamówione drinki.
— Gdzie twoje wdzianko, kochanie? — zachichotała Tenten.
— Błagam, nic nie mów — odpowiedział, rozglądając się. — Sakura, Itachi, jeszcze raz gratuluję zwycięstwa.
— Byliście czadowi! — wykrzyczał Rock, znienacka wpychając się pomiędzy przyjaciół. — Wasza siła młodości, nie, nie, nie…! Siła waszej młodej miłości nas pokonała. Jednak następnym razem to my wygramy! — Wyszczerzył zęby i pokazał uniesiony kciuk.
— Lee, zajęliśmy drugie miejsce. Też wygraliśmy — zauważył Neji.
— Nie prawda. — Krzaczaste Brwi pokręcił głową. — Naszym celem było pierwsze miejsce.
Odwróciłam się, czując na sobie czyjeś spojrzenie. Uchiha stał na parkiecie i wpatrywał się we mnie z łobuzerskim uśmieszkiem na ustach. Przysłuchując się zaciętej wymianie zdań, nawet nie zauważyłam, że gdzieś zniknął.
Powoli podeszłam do chłopaka, przeciskając się pomiędzy spoconymi ciałami. Zawiesiłam ramiona na jego szyi i wyzywająco spojrzałam w oczy. Nie pozostał mi dłużny. Objął mnie w pasie, przyciągając bliżej.
— A teraz coś wolniejszego. John Legend w piosence All of me.
Silne ramiona. Kruchość porcelany. Niespokojny rytm serca.
Nie mogłam zaprzeczyć, że był przystojny. Miał mocno zarysowaną szczękę, zgrabny nos i długie rzęsy. Pod ich zasłoną kryło się roziskrzone spojrzenie czarnych tęczówek.
Gorący dotyk. Zaufanie. Rozszalałe serce.
Żywioł, który burzy krew w moich żyłach – pocałunek. Delikatne muśnięcie jego ust o spierzchnięte wargi. Słodka namiętność. Walka o terytorium. Nienasycone pożądanie. Przyćmione emocje przejmujące kontrole nad ciałem.
       



< >

Hejka naklejka :)
Wrzucam tu, żeby nie było wątpliwości, że to moje. Udało mi się zająć drugie miejsce w konkursie na Lapidarium Narutowskim, z czego jestem troszkę dumna.
A tymczasem zapraszam na mojego nowego bloga, Fragile Bonds
CREATED BY
MAYAKO
CREDIT: ART